Wiele osób pyta się mnie dlaczego kupiłam bilet właśnie na ten koncert? Show jednego człowieka, który co prawda jest młodszym wyjadaczem niż Markowski czy Kozidrak, aczkolwiek to nie jest Katy Perry czy Justin Bieber. Sprawdźcie.
Z twórczością GAROU spotykałam się często. Ten charakterystyczny głos z chrypą słyszalny na płytach czy w teledyskach zachęcał mnie od dawna do koncertowego seansu. By na wszystko spojrzeć z perspektywy widza. Poczuć tą energię koncertową… ale. Niestety, byłam za daleko sceny, by przeżyć koncert w pełnym wymiarze.
W halach sportowych bywałam nieraz. Moja poniedziałkowa wizyta w bydgoskiej „Łuczniczce” była drugą z kolei. Koncert zaczął się (żeby nie kłamać) o 18:13, poprzedzony uwagami, że nie wolno nagrywać ani fotografować. Zresztą, mało kto przejmował się tymi zakazami z tego co widziałam, aczkolwiek obsługa reagowała błyskawicznie, gdy tylko zauważyła niepożądane urządzenie skierowane prosto na Garou. Sam koncert można śmiało porównać do czynności, jaką jest włączenie robota kuchennego – im większe obroty, tym szybciej się kręci. Artysta potrzebował kilku spokojniejszych utworów na początek, by z czasem dać koncert przez duże K. Niestety, dla niego często instrumenty zagłuszały wokalistę – co nie oznacza, że przez to w ogóle było nudno, niefajnie i Be. Między kolejnymi utworami podejmował rozmowę z osobami będącymi najbliżej widowni. Ogólnie było widać, że humor dopisywał. Czasami czułam się jak na występie Kacpra Rucińskiego – nie powiem uczucie fajne. Z racji tego, że poniedziałek był lany, pozwolił sobie ochlapać wodą pierwsze rzędy.
Eghem. Wracając do walorów artystycznych koncertów – nie zaskoczę stwierdzeniem, że Garou jest wszechstronnie uzdolniony. Grał na harmonijce, keyboardzie, gitarze, szalał przy mikrofonie prezentując trochę ballad, rocka, bluesa i rock’n’roll. Obok mniej znanych kompozycji w swoim repertuarze były również takie przeboje jak „Gitan”, „Seul” czy „Stand Up” a także… cover Elvisa Presleya „A Little Less Conversation”. Wykonanie utworu Króla Rock’n’Rolla było dla mnie szokiem, ale sądzę że nie dał plamy.
Grzechem byłoby nie wspomnieć, że Bydgoszcz był ostatnim, dopisanym punktem na trasie koncertowej artysty po Polsce. Fanklub przygotował specjalną akcję, by zachęcić Kanadyjczyka do częstszych wizyt w przyszłości. Polegała ona na tym, by w odpowiednim momencie pokazać karteczkę z bumerangiem, a później – z napisem MERCI. Ale zdaje się, że artysta bardziej zadowolony był z tego, co dostał od fanów na samym początku koncertu – wielkie biało-czerwone serduszko, kwiaty oraz dwie podłużne koperty jak do dobrego alkoholu.
Myślę, że mimo niedogodności technicznych, (i niezagrania Reviens – czekałam! ;( ) ten dwugodzinny koncert dla osób w każdym wieku można uznać za udany. Spełniło się jedno z moich wielkich marzeń: byłam na koncercie zagranicznego artysty. Teraz chyba pozostało mi jedynie jechać na jakiś porządny festiwal…




