Garbage – Strange Little Birds (2016), recenzja Michała Szuma

0
291

Styl Garbage od zawsze stanowił kompromis między brzmieniem gitarowym a elektronicznym, dzięki czemu grono ich fanów jest dość obszerne jeśli idzie o przekrój preferowanego gatunku. Mimo, że pierwiastek nowoczesności jest ciekawym dodatkiem, ogólnie rozumiany rock powinien opierać się przecież na gitarach i perkusji. W przypadku Strange Little Brids, czyli najnowszego dzieła amerykańskiej formacji, konwencja ta została lekko doprawiona, a następnie przepuszczona przez młynek. Elektryczny młynek.

Zabieg ten można oceniać różnie. Jedni powiedzą, że muzyka rockowa już dawno nie jest tym, od czego zaczynali The Beatles czy Led Zeppelin. Inni będą bronili niebagatelnej roli dodatków w postaci klawiszy czy padów jako ulepszaczy brzmienia, a jeszcze inni rozbiją wszystkie te snucia o kant tyłka i zapomną o jakichkolwiek podziałach czy gatunkach. Prawda jest bowiem taka, że tak głośno zapowiadany powrót do brzmienia sprzed dwudziestu lat nie miał miejsca. A przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej wielu się go spodziewało.

Debiut Garbage był najbardziej rockową płytą w dziejach zespołu i w tej kwestii raczej ciężko o jakąkolwiek polemikę. Gitara grała, bas burczał, a bębny stukały, więc klasyczny kanon był zachowany. Oczywiście, już wtedy swoje piętno na brzmienie wywierała mistyczna elektronika, ale nie miało to miejsce w zdecydowanie mniejszym stopniu niż na Strange Little Birds. Czy to oznacza, że możemy mówić o słabszej płycie?

Zdecydowanie nie. Po prostu jest to krążek wyróżniający się w dyskografii zespołu. A zaczyna się on od mocno stonowanego, wykonanego w molowej tonacji Sometimes. Podprowadzenie do wokalu stanowi klasyczny fortepian, przez co zachowany jest minimalistyczny klimat utworu. Poza wspomnianymi dźwiękami, tworzą go jeszcze tylko skrzypce i zagadkowy turkot, będący odpowiednikiem sekcji rytmicznej. Ale to tylko rozgrzewka przed dalszą częścią, obfitującą w nieoczekiwane momenty przyspieszenia.

Wspomniałem, że jest to najmniej rockowy album w dyskografii Garbage, ale bynajmniej nie brak na nim dobrych i chwytliwych riffów gitarowych. Mocnym akcentem na mapie Strange Little Birds jest niewątpliwie Blackout. Jest to o tyle ciekawa piosenka, że z jednej strony ujmuje swą niepozornością w intrze i podczas trwania zwrotki, a z drugiej – powala soczystym brzmieniem refrenu i bridge’u. Owo soczyste ujęcie albumu wraca do słuchacza parokrotnie: podczas Magnetized, We Never Tell czy singlowego Empty.

Będąc przy singlach, warto docenić ich wybór, bo jest to zestawienie godne tej płyty. Pierwszym z nich było wspomniane już Empty, po wydaniu którego faktycznie można było spodziewać się powrotu na miarę debiutu. Jednak w opozycji do niego stoi jego młodszy brat – Even Though Our Love Is Doomed, będący „sercem nagrania” zarówno jeśli idzie o słowa, jak i o muzykę. Taki kontrast w pełni ukazuje spektrum brzmienia po jakim porusza się Shirley Manson i spółka, co wydaje się być dość uczciwym postawieniem sprawy.

Bardzo łatwo mówi się o powrotach, ale bardzo ciężko się wraca. Dlatego wcale nie powinien dziwić fakt, że Garbage w swych wojażach być może zahaczyło o fonograficzny debiut, lecz aktualnie znajduje się o kilka gigabajtów dźwięków dalej. Na pewno nikt nie powinien czuć jakiegokolwiek niedosytu czy zawodu po odsłuchaniu Strange Little Birds, bo jest to suma dobrego rocka i chęci dalszego rozwoju. Didaskalia były zatem zbędne.