Galantis – Pharmacy (2015), recenzja Michała Pietruszki

Coraz gęściej na rynku muzyki EDM. Akronim od electronic dance music, jakby kogoś ominęła ta klubowa rewolucja. Rozprzestrzeniająca się tak naprawdę na naszych oczach, bo przecież tylko w tym roku swoje albumy wydali tacy producenci jak Madeon, Major Lazer, Alleso, Jack Ü i Zedd, a to dopiero sierpień, cisza przed jesienną burzą. Nowy materiał zapowiadają również Axwell ∧ Ingrosso, Disclosure, Martin Garrix oraz Nero. Czy wystarczy miejsca na listach dance-album-of-the-year dla szwedzkiego duetu Galantis? Myślę, że tak. I to nie w jakiś ogonach.

Co może być lepszego od doświadczonego producenta ze Sztokholmu? Oczywiście dwóch takich producentów! Solowo nie z jednego pieca chleb jedli: Christian Karlsson (ksywka Bloodshy) znany z grupy Miike Snow, pomagał w karierze Madonnie, Kylie Minogue czy Britney Spears. To on współtworzył megahit tej ostatniej pt. Toxic. Natomiast drugi z panów, Linus Eklöw (pseudonim Style Of Eye) wyprodukował chociażby wielki hit duetu Icona Pop I Love It. Do doświadczenia dołóżmy także młodego ducha, niezwykły zapał, wyczucie rynku. Dodajmy do tego szczyptę pomysłu na wizerunek projektu (portret kosmicznych lisów tzw. seafox, wymyślonych przez chłopaków, czyli alter ego pojawiające się zamiast ich twarzy na każdej z okładek; zamysł podpatrzony nieco od Daft Punk, ale to akurat nie razi nikogo w oczy), wszystko skąpmy w rozkosznie pieszczące promienie słoneczne i masę feromonów zmieszanych z różnymi rodzajami napojów. Co otrzymujemy? Przepis na wakacyjny hit! Stary jak świat…

Popyt generuje podaż, więc na Pharmacy mamy lekkie, klubowe kawałki, które nie raz usłyszymy na różnego rodzaju imprezach czy eventach. Weźmy pod lupę chociażby jeden z singlowych numerów, Peanut Butter Jelly, wykorzystujący epickie motywy z dyskotek lat 70. ubiegłego wieku, pulsujący beat połączony z oryginalnym wokalem i niezbyt wymagającym tekstem. A jeśli o warstwie tekstowej już mowa, to nie należy spodziewać się po wysłuchaniu albumu jakiś głębszych refleksji czy uczuć, choć fraza typu Hey What’s your name? Cause I Need to Know jak chociażby w kawałku You może lekko odstraszać. Tym bardziej, że na niej oparta jest prawie połowa utworu. Wracając jednak do dźwięków, każdy z tych trzynastu premierowych tracków można by zrecenzować tymi samymi słowami, gdyż każdy z nich jest zbudowany według stałego, dyskotekowego schematu. Mamy więc budowanie napięcia chilloutową zwrotką i przejście do dynamicznego, właściwego refrenu wzlatującego gdzieś w kosmos jak to przystało na międzygalaktyczny wizerunek Galantis. Niektórzy oczywiście zarzucić mogą im brak oryginalności i rażącą w oczy jednolitość, ale – zapewniam – każda z owych piosenek zawiera w sobie charakterystyczne elementy, które sprytnie tworzą to, czym miało być Pharmacy, czyli dawkę pozytywnej energii. Te indywidualności w obrębie pojedynczych numerów mogą być rożne: wymyśle hooki (jak chociażby w Forever Tonight), klawiszowe syntezatory (Gold Dust), nieco hip-hopowe zacięcia (Kill ‘Em With The Love), ale przede wszystkim wokale, które – trzeba przyznać – nie powalają na kolana, ale też nie ich taka rola. Niektóre bardziej, niektóre mniej zremasterowane. Chleb powszedni twórców edm.

Muzyka szwedzkiego duetu Galantis nie jest niczym odkrywczym, ale sprytnie łączy dance, edm i pop zadowalając w ten sposób fanów każdego z tych gatunków. Powinna się choć trochę spodobać również tym, którzy potrafią czerpać radość i energię z takich oto brzmień; niezależnie od tego czy jest się zagorzałym słuchaczem muzyki alternatywnej i oczerniającym każdy inny typ muzyki. Nie po to stworzono podziały muzyczne. Krążek Pharmacy bez wątpienia pobudza naturalny, ludzki instynkt i jestem przekonany, że nawet największego nudziarza porwie do tańca na niejednej imprezie. Przecież mamy wakacje.

galantis-pharmacy

Czytaj również