Kojarzycie Years & Years? Pewnie, że tak. Chłopaki robią obecnie furorę praktycznie w większości państw naszego kontynentu i tylko czekać, kiedy pojawią się u Jimmiego Kimmela w związku z promocją swojego debiutanckiego krążka Communion (o ile już nie byli, nie śledzę bacznie ich kariery). Nie jestem fanem współczesnej muzyki mainstreamowej, ale muzycy tworzą bardziej ambitny odłam tego gatunku, dlatego zasługują w związku z tym na spory plus. Dobrze wiecie, że zdecydowanie bardziej wolę posłuchać utworów Queen niż dajmy na to Rity Ory, ale pop w wykonaniu Years & Years przypadł mi do gustu. Jak w ogóle zapoznałem się z twórczością chłopaków? Już wyjaśniam.

Otóż obecnie, jak już wspominałem w jednym z poprzednich felietonów, siedzę w Anglii. Pracuję w takim miejscu, w którym dużo jeżdżę samochodem (przestawienie się na kierownicę po prawej stronie było traumatycznym przeżyciem), dzięki czemu sporo słucham tutejszego radia. Jako, że część z muzyków Years & Years pochodzi z Anglii, są oni mocno promowani w tutejszych rozgłośniach i to zarówno w lokalnych stacjach, jak i w ogólnokrajowym BBC Radio 1. Codziennie parę minut po godzinie ósmej rano z głośników prowadzonego przeze mnie Forda Transita leci piosenka Shine. Tak właśnie po raz pierwszy „spotkałem się” z twórczością tria.
Po pierwszym tygodniu codziennego słuchania tego utworu w jakimś tam stopniu polubiłem Years & Years. Na tyle, by w domu posłuchać innych ich kawałków. Po drugim tygodniu codziennego słuchania Shine zrozumiałem zachwyty związane z chłopakami, bo rzeczywiście posiadają spory talent do tworzenia takiej muzyki. Po trzecim tygodniu codziennego słuchania tej jednej piosenki kilka minut po godzinie ósmej rano zaczynałem się odrobinę irytować. Po czwartym tygodniu słuchania tej piosenki zacząłem wyłączać BBC Radio 1 i zmieniałem częstotliwość na program, w którym rozmówcy gadali wyłącznie o polityce. Dzisiaj nawet nie włączam BBC Radio 1 w okolicach ósmej, bo doskonale wiem, jaki hit odpali prowadzący audycję.
Powyższy akapit jest idealnym opisem pewnej stałej, która obecna jest w komercyjnych rozgłośniach radiowych. Nazywam ją przesyceniem. Bardzo lubię włoską kuchnię, w szczególności spaghetti robione przez moją mamę. Mógłbym je jeść pewnie tydzień z rzędu. Ale po tych siedmiu dniach miałbym go zapewne dość i chciałbym spróbować czegoś innego. Identyczną sytuację mam w przypadku chłopaków z Years & Years. Gdy zaczynałem słuchać ich w radiu utwór „Shine” wydawał mi się ciekawą odskocznią od tego, co słucham na co dzień. Dziś, gdy tylko słyszę jego wstęp, mam ochotę się zrzygać.
Tak właśnie radio zniszczyło w moich oczach ciekawy utwór, który miał prawo odnaleźć się na playliście mojego iPoda. Takich sytuacji przeżyłem w swoim życiu setki. Rok temu strasznie spodobała mi się piosenka Thinking Out Loud rudowłosego Eda. Jednak po okresie wakacji, gdy stacje radiowe prezentowały ją z podobną częstotliwością, co telewizja reklamę z udziałem Eweliny Lisowskiej i kultowym już „włączamy niskie ceny”, miałem jej dosyć. Po dzień dzisiejszy sam z siebie jej już nie włączam. Od kilku miesięcy coraz większą popularność zyskuje Sarsa. Ale gdy przeglądałem internety, coraz więcej osób pisze, że powoli ma już dosyć piosenki Naucz mnie.
I tu zadaję pytanie: czy nie trzeba zmienić sposobu promocji płyty? Czy odpalanie kilkanaście razy dziennie tego samego kawałka nie zmęczy za bardzo potencjalnych odbiorców? Ja uważam, że zamęczy ich niemiłosiernie. Co w takim razie należałoby zrobić? Cóż, nie jestem ekspertem, ale na poczekaniu wymyśliłem pewien plan.
Jego podstawą byłoby kompletne zrezygnowanie z singli. Są one moim zdaniem reliktem przeszłości. Ich początki sięgają jeszcze lat 50., kiedy Elvis był nikomu nie znanym mieszkańcem stanu Missisipi. Dziś trzeba promować swój album w całości. Tak, aby trochę bardziej urozmaicić radiowe playlisty. Czy taki pomysł odnalazłby się we współczesnej rzeczywistości? Myślę, że tak. Ale wymagałby trochę więcej wkładu od samych artystów.
Nie jest przecież tajemnicą, że obecnie znaczna ich część, i to nie tylko z kręgu muzyki popowej, swoje albumy tworzy na zasadzie „kilka dobrych kompozycji, które wydane zostaną jako singiel oraz reszta, być może mniej radiowa i przebojowa”. Coraz częściej głównym celem są dobre wyniki sprzedaży płyt, a nie ich wartość artystyczna. Singiel jest wizytówką danego albumu. Zachęca do zakupienia go. Jeżeli zaistnieje w radiu, więcej osób wyda 40 złotych na jego kupno w jednym ze sklepów.
Poruszona przeze mnie kwestia to dosyć złożony problem, który coraz bardziej niszczy stacje radiowe. Kiedyś obiło mi się o uszy, że aktualna na dany moment playlista największej rozgłośni radiowej w Polsce ograniczona jest do maksymalnie 300 piosenek. Z jednej strony to sporo, ale z drugiej, gdy pomyślimy, że ta stacja gra muzykę 24 godziny na dobę 365 dni w roku, ta ilość okazuje się malutka jak Leo Messi.


