Freddie Mercury – Messenger of the Gods: The Singles (2016), recenzja Katarzyny Turowicz

1
162

24 listopada 1991 roku cały świat obiegła tragiczna i równie niespodziewana wiadomość o śmierci Freddiego Mercury. Charyzmatycznego rockmana, którego scena i tłumy kochały, oraz lidera legendarnej grupy Queen. Wielkiego artysty o ludzkim obliczu, który mimo swego stosunkowo krótkiego i zarazem niewyczerpanego stażu w świecie muzyki pozostawił po sobie ogromny dorobek twórczy zarówno jako członek formacji Queen, jak również solowy twórca. Światło dzienne ujrzało właśnie wydawnictwo zatytułowane Messenger Of The Gods: The Singles stanowiące zbiór solowo wydanych singli Freddiego Mercury.


Początek roku 1983 w karierze 37-letniego wówczas lidera grupy Queen otworzył w jego życiu artystycznym całkowicie nowy rozdział. Właśnie wtedy, po ogromnych sukcesach, jakie osiągał na szczytach list przebojów całego świata wraz z brytyjską formacją, w monachijskim studiu Musicland rozpoczęła się intensywna praca nad debiutanckim solowym albumem Freddiego Mercury. I trzeba przyznać, że właśnie przestrzeń solowej twórczości w szczególnie wyraźny sposób pokazuje, jak wszechstronnym artystą był Mercury, jak płynnie poruszał się w całkowicie skrajnych gatunkach muzycznych – od disco, poprzez rockowe brzmienia, aż po muzykę klasyczną. To usposobienie kameleona w muzyce doskonale obrazuje zestaw singli zebranych na tym kompilacyjnym wydawnictwie.

Messenger Of The Gods – The Singles rozpoczyna się od utworu Living on My Own, który pierwotnie ukazał się na debiutanckiej płycie Freddiego Mercury zatytułowanej Mr. Bad Guy z 1985 roku i stanowi trzeci singiel promujący ten album. Właśnie tym utworem, a zwłaszcza jego bardziej popularnym remiksem z 1993 roku stworzonym przez No More Brothers również znajdującym się na tej płycie, lider rockowej grupy Queen dał się poznać szerszej publiczności także jako twórca muzyki typowo tanecznej.  I nie ma się czemu dziwić – połowa lat ’80 minionego stulecia to okres intensywnego rozwoju muzyki elektronicznej oraz tej z gatunku dance, technologii i niemal wszechobecność dźwięków generowanych przez syntezatory, co dla niezłomnego poszukiwacza nowych inspiracji i brzmień, artysty zachłannego na życie oraz sztukę jak Freddie Mercury nie mogło umknąć uwadze. Wydawnictwu nie brakuje także singli pochodzących z niesamowitego albumu Barcelona wydanego w 1988 roku, który powstał we współpracy z katalońską diwą Montserrat Caballé.

Bardzo niezrozumiałym dla mnie zabiegiem jest „rozstrzelona” struktura tracklisty tego wydawnictwa. Single nie są ułożone w porządku chronologicznym, tak jak pierwotnie były wydawane na kolejnych albumach, a szybkie, dynamiczne utwory poprzetykane spokojnymi balladami lub, co gorsza, operowymi utworami, w efekcie tworzą dość chaotyczną, nie do końca spójną całość, nieokiełznaną sinusoidę melodii. Trudno w tym wydawnictwie odnaleźć jakiś klucz, który systematyzowałby całość, coś, co nadawałoby mu wewnętrzny ład.

Trudno oceniać i mówić o słabych stronach wydawnictwa, które – bądź co bądź – niezupełnie jest zamysłem twórcy, ani nowym, nieprezentowanym wcześniej autonomicznym materiałem. Messenger Of The Gods: The Singles nie wprowadza do świata muzyki czegoś nowego, ale stanowi z całą pewnością prawdziwy, kompletny katalog singli oraz ich innych wersji, popularnych remiksów. To kompilacyjne wydawnictwo ukaże się na kilka dni przed 70. rocznicą urodzin Freddiego Mercury. Wierni fani artysty być może głównie ze względu na ten szczególny dzień, a być może z chęci posiadania kolejnego wydawnictwa swego idola z chęcią sięgną po tą płytę uzupełniając tym samym swoją kolekcję. Natomiast słuchacze niezaznajomieni w szczegółowy sposób z twórczością solową Mercury’ego dzięki Messenger Of The Gods: The Singles poszerzą swoją muzyczną wiedzę. Pomimo drobnych mankamentów warto sięgnąć właśnie po ten kompilacyjny album, chociażby po to, by przypomnieć sobie, kogo 25 lat temu stracił świat muzyki.

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.