Foo Fighters – Medicine At Midnight (2021), recenzja Wojtka Chabera

Inne recenzje

Czy to jeszcze stadionowy rock, czy już typowy radiowy pop? Na dwoje babka wróżyła, bo na Medicine At Midnight znajdziemy piosenki, które spokojnie mogłyby na stałe zagościć na listach komercyjnych stacji muzycznych, ale jeszcze nie całkowita rezygnacja z gitarowych riffów.

Foo Fighters od lat podążają utartym szlakiem tworzenia kolejnych stadionowych przebojów, a płyty zdają się być tylko przerywnikiem do tego, co członków zespołu kręci najbardziej – koncertów. Jeszcze przed wydaniem płyty, której premierę, jak w wielu przypadkach, opóźniła pandemia, mogliśmy z góry założyć, że Dave Grohl i spółka nie będą starali się na siłę pokombinować ze swoją twórczością. Imprezowy, pozytywny rock, może nieco boomerski z perspektywy młodszych słuchaczy, to rzecz stała i niezmienna w ich wykonaniu od lat. A w dodatku działa na ogromne rzesze fanów, więc po co ryzykować radykalną zmianę wizerunku? Zapewne nie ma w tym obawy o komercyjny aspekt ewentualnego wymyślania siebie na nowo. Po prostu muzycy Foo Fighters dobrze się bawią muzyką, jaką tworzą i nie zamierzają tego zmieniać. Zwłaszcza, że Grohl już kiedyś był muzycznym rewolucjonistą i, o ile pozwoliło mu się to zapisać w annałach muzyki rockowej, to wie, że na dłuższą metę niekoniecznie musi się to opłacać.

Płytę otwiera utwór Making a Fire i jest to najgorszy wybór, jakiego można było dokonać, jeśli chodzi o piosenkę otwierającą Medicine At Midnight. Kompletnie niepotrzebne chórki, przywodzące na myśl muzykę gospel i funkowy groove, który był chyba wynikiem nienaturalnego stanu euforycznego muzyków, złożyły się na jedną z najbardziej wesołych piosenek Foo’s w ich karierze, a zarazem jednej z najbardziej absurdalnych w dorobku. Skoro już coś takiego powstało, można to było oddać Chadowi Kroegerowi – Nickelback na pewno zrobiłby z tego użytek, tzn. wziąłby na siebie szyderę, z którą od dawna muszą sobie radzić, więc może byłoby im to bez różnicy.

Dave Grohl podkreślał w wielu wypowiedziach, że chciał, aby ten album był imprezowym albumem, takim do którego można potańczyć. Tytułowy utwór nazwał nawet swoistą wersją Let’s Dance Davida Bowiego. I właśnie w tym utworze widziałbym kawałek otwierający album, a nawet większość przyszłych koncertów Foo’s, po zniesieniu pandemicznych ograniczeń. To piosenka, która najlepiej oddaje ducha całego Medicine At Midnight i być może jest zapowiedzią nowego kierunku w twórczości zespołu, idącego bardziej w przyjemne dla ucha rytmy funk rocka.

Paradoksalnie, choć Foo’s chcieli nagrać album imprezowy, najlepiej brzmią w najspokojniejszym utworze albumu – Chasing Birds. To zmiana nastroju w porównaniu z pozostałymi piosenkami na płycie, swego rodzaju przejście z imprezy dziadersów do cichego pokoju i otwarcie się na melancholijne siedzenie z głową w chmurach. Gdyby tak umieścić tę piosenkę na końcu setlisty, mogłaby ona pomóc w zapomnieniu o pozostałych kawałkach, ale ktoś jednak dał ją na przedostatnie miejsce. Album wieńczy za to Love Dies Young, któremu najbliżej do dokonań Foo Fighters z poprzednich płyt, ale w nieco bardziej uładzonej wersji. Może to jakiś odrzut z wcześniejszych sesji? To pytanie zadane pół żartem, pół serio, choć mógłbym zaryzykować tezę, że na In Your Honor czy There Is Nothing Left to Lose nie miałby szans się znaleźć.

Medicine At Midnight to album, który zapewne spotka się z chłodniejszym przyjęciem krytyków, ale entuzjazmem fanów zespołu. Zwłaszcza tych, którzy byli z Foo’s od początku i pamiętają takie albumy, jak The Colour and The Shape czy debiutancki Foo Fighters. Nie znajdziemy na nim takich majstersztyków, jak Everlong czy The Pretender. To w żadnym wypadku przełom ani znacząca płyta w dorobku zespołu. Sam Grohl mocno studził oczekiwania, od początku przypinając albumowi łatkę „rockowej imprezy”. Słucha się go dość przyjemnie, ale nie zostaje po nim nic poza tęsknotą za latem i nie znającą pandemii normalnością. Najwyraźniej, impreza z rockiem w tle zaczęła oznaczać dla Foo Fighters coś zupełnie innego niż dla mnie.

Foo Fighters - Medicine At Midnight
  • Data premiery: 05 02 2021
  • Single: Shame Shame, No Son Of Mine, Waiting on a War
Najlepsze utwory: Chasing Birds
Najsłabsze utwory: Making a Fire, Waiting on a War


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Wojtek Chaber
Wojtek Chaberhttps://open.spotify.com/user/wojtek.chaber?si=qfm4waT0Sj2TqsPrFJfU2w
Złośliwi mówią, że mam gust muzyczny siedemdziesięciolatka. Lubię klasyków rocka - Rolling Stonesów, Led Zeppelin czy Pink Floyd. W długie jesienne wieczory zasłuchuję się w muzyce Massive Attack i Nine Inch Nails. Lubię Linkin Park, ale ze starych płyt, a złego nastroju pozbywam się przy dźwiękach Nirvany.

Czytaj również