Foals – What Went Down (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Od ich debiutu minęło 7 lat. Chłopcy nie próżnowali – zdążyli nagrać cztery albumy, zawładnąć sercami publiczności i osądem krytyki. Ich kawałki szturmem podbijały listy przebojów a płyty rozchodziły się jak świeże bułeczki. Są dwukrotnymi laureatami NME Award w kategorii Best Track (najpierw za Spanish Sahara, a niebawem – Inhaler). Ta część z was, która z zapałem śledziła losy Effy Stonem, Cook’a i reszty załogi popularnego brytyjskiego serialu Skins na pewno dobrze zna kawałek Hummer. Moi drodzy, przed wami Foals ze swoim najnowszym krążkiem – What Went Down.

Płytę otwiera dynamiczny i mocny singiel What Went Down. Motyw wiodący bazuje na rytmizującej i mocno zaakcentowanej linii perkusji.  Śladem jej tempa podąża również wokal. Koloryt kompozycji buduje jednak tak naprawdę sekcja gitary, która, mimo że cały czas wije się w tle, co pewien czas wybija się na pierwszą linię. To właśnie na bazie tych wybić został zbudowany refren, nieoczekiwanie porażający nas mocnym, butnym i głośnym dźwiękiem i przerywający uporządkowaną strukturę zwrotek.

Nieco inaczej sprawa wygląda w wypadku drugiego singla – Mountain at My Gates. Mimo utrzymania dynamiki i silnej pozycji perkusji możemy odnieść wrażenie, że kawałek jest nico bardziej liryczny, balladowy. Słusznie – w kompozycji dominuje tonacja molowa. Balladowość utworu jest budowana również na różnicach wysokości dźwięków – podczas gdy gitary pełzają tuz przy ziemi, klawisze (a wraz z nimi wokal) oscylują wokół wysokich rejestrów. Ta różnica poziomów szczególnie mocno daje się odczuć w refrenach, gdzie wokal usiłuje wznosić się wraz z klawiszami, by ponownie opaść w kolejnej zwrotce.

Rozkołysane i balladowe jest również Birch Tree. Kawałek otwiera solowa partia gitary, która błyskawicznie przeistacza się w wykwit reszty instrumentarium. Proszę jednak nie zakładać, że będzie głośno i hucznie. Wprost przeciwnie – tutaj zarówno dźwięk, jak i ścieżka głosu rozwija się powoli i subtelnie. Bardziej wprawne ucho z łatwością dostrzeże, że Birch Tree koresponduje z kawałkiem Mountain at My Gates. Powiem więcej – nie tylko koresponduje, ale jest właściwie tym samym motywem przewodnim, tyle że obniżonym o kilka pięciolinii i odartym z instrumentalnej mocy swego poprzednika. Jest minimalistycznie, wdzięcznie i nie nachalnie. Zbliżoną konstrukcję ma także A Knife in the Ocean.

Give It All z kolei to liryczny dialog klawiszy z wokalem, choć tak naprawdę keyboard stanowi jedynie tło dla artykulacji głosowej. Jest niespiesznie i subtelnie. Mogłoby się zdawać że narastające w tle dźwięki stanowią jedynie zbędne tło dla wokalu – nic bardziej błędnego. Powoli z głębi wynurzają się kolejne, utajone dotąd instrumenty a dźwięki rozchodzą się coraz dalej od pnia. Temu rozchodzeniu się towarzyszy oczywiście podkręcenie emocji, jakie utwór ma wywoływać u słuchacza. W tej materii nie ma chyba nic bardziej trafnego, niż stopniowe dawkowanie nastroju nie tyle wprowadzające nas w utwór, co  raczej czyniące nas bezpośrednimi obserwatorami tej muzycznej wizji. Bardzo ciekawa wariacja, pokazująca, że z jednym taktem można zrobić naprawdę wiele i obudować go w każdy możliwy sposób. Podobnie został pomyślany utwór Night Swimmers i Lonely Hunter.

Zbliżona zasada konstrukcyjna prześwieca także przez Albatross, choć tutaj linia melodyczna bardzo szybko rozwija skrzydła i błyskawicznie dostajemy pełnię dźwięku. Tkankę kawałka buduje wybijająca rytm ścieżka keyboardu. Kroku dotrzymuje jej zarówno głos jak i reszta instrumentarium. Przy tym wszystkim motyw dominujący pozostaje niezmieniony a jedynie uzupełni9ony kolejnymi dźwiękami. Bardzo kojarzy mi się ta kompozycja z Wonderwall nieco juz zakurzonej formacji Oasis. Może dlatego, że bardzo podobnie kształtuje się linia melodyczna z tą różnicą, że w wypadku Oasis motyw wiodący jest umieszczony w nieco wyższych rejestrach i dodatkowo odbija w górę w refrenach. Tutaj wszystko jest dość niskie i raczej utrzymuje się na podobnym poziomie a wokalnie w znacznej mierze wręcz opada. Niemniej jednak pień wydaje się bardzo podobny.

Zupełnie inaczej rysuje się Snake Oil. Od pierwszych dźwięków jest głośno, durowo i zadziornie. Wysoki, pełen agresji i buty wokal w asyście nieokrzesanej, choć miarowej gitary i silnie zrytmizowanej perkusji. Specyficzny nastrój butnego wrzasku został wygenerowany dzięki znacznym skokom wysokości głosu, który niby jednostajny i miarowy nieoczekiwanie wpada w wysokie dźwięki by błyskawicznie opadać sporymi, półtonowymi uskokami. Dzięki temu zabiegowi całość jest zbliżona do ścieżki melodycznej, którą podąża prawdziwa kłótnia, choć przecież wcale nie zdajemy sobie z tego sprawy, zarzucając komuś kolejne winy.

London Thunder z kolei to jeszcze inna historia. Kompozycja bazuje na pełnej liryzmu rozmowie wokalu z klawiszami. Tempo znacznie spada, utwór zostaje opanowany przez tonację molową a głos z pełnego pasji wrzasku przeistacza się w rzewne i zawodzące nucenie. Bardzo emocjonalna kompozycja i chyba bardzo zakorzeniona w klasyce, bo słuchając London Thunder nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że panowie z Foals na warsztat biorą kompozycję Mad World zespołu Tears for Fears, ale w tej najgłośniejszej i chyba najlepszej wersji – Gary’ego Julesa, twórczo ją przerabiając. Sami sprawdźcie.

Cóż mogę powiedzieć?… Wcale nie jestem zaskoczona.. Właściwie nawet nieco rozczarowana! Żadnej wpadki, ani jednego niekontrolowanego uskoku melodycznego, załamania głosu, czy czegokolwiek, co można by skrytykować. Foals jak zwykle spisali się na medal a krążek What Went Down, bez zbędnego słodzenia, opiszę po prostu jako świetny!

Czytaj również