Flume – Skin Companion EP II (2017), recenzja Pawła Markiewicza

1
223

Są tacy artyści, którzy pojawiają się na rynku muzycznym i od razu zostają docenieni przez krytyków i słuchaczy. Z Flume było trochę inaczej. Pierwsza płyta odniosła sukces w rodzimym kraju, ale dopiero druga przyniosła mu prawdziwą sławę (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) poza granicami Australii. Nagroda Grammy, to tylko dowód na jego kunszt producencki, a Skin Companion EP II, to utwierdzenie w przekonaniu, że mamy do czynienia z artystą przez wielkie A.

Skin Companion EP II to już, jak sama nazwa wskazuje, drugi zbiór piosenek, które zostały napisane podczas tworzenia drugiego studyjnego krążka. Mini-album wydany przez Flume, to podkreślenie jego świadomości muzycznej. To również gwóźdź do trumny innych muzyków, którzy od lat próbują przebić się na rynku EDM/Elektronika. Nagroda Grammy za Best Dance/Electronic Album to idealny dowód na to, że Harley Streten nie ma sobie równych w tym polu muzycznym.

Flume już na początku przygody z muzyką obrał ciężkie elektroniczne brzmienia ocierające się o trip hop i downtempo. Dzielnie kroczy tą ścieżką i ciągle zaskakuje. Skin Companion EP II to wydanie kompletne i chwała Bogu za to, że świat ma możliwość usłyszenia odrzutów z longplaya.

Na mini-album składają się tylko, albo i aż, cztery premierowe kompozycje, w tym trójka odpowiednio wyselekcjonowanych gości. Na krążkach Flume inni artyści nie biorą się znikąd. Producent często stawia na niszowych muzyków, którzy zaskakują muzycznie i są doceniani w wąskim, niekomercyjnym gronie.

Skin Companion EP II to wydawnictwo jeszcze bardziej alternatywne. Nie znajdziemy tu elektropopowego Never Be Like You czy Say It, ale za to ciężkie Enough z Pusha T, którego konsekwentne wykonanie powala. Kilka przeplatających się ścieżek muzycznym daje niesamowity efekt. Flume dostarcza niezwykłych doznań za pomocą swojej twórczości – włączcie to na słuchawkach, a zrozumiecie o czym mówię – gęsia skórka na całym ciele murowana.

Dzięki takim utworom jak Wall Fuck czy Heater  Flume nauczył mnie odróżniać to co dobre w elektronice i to co złe. Na Skin Companion EP II znalazł się jeden instrumental o intrygującym tytule Depth Charge (bomba głębinowa). To dość dobre metaforyczne określenie kompozycji. Australijczyk z muzyką obchodzi się jak z najpiękniejszą kobietą. Takie piosenki jak DC dają ogromną możliwość interpretacji, to piękne jak muzyka może oddziaływać na słuchacza.

Flume nie zapomniał o ludziach, którzy wolą jego łagodniejszą stronę twórczości i tak też na EPce znalazł się utwór Fantastic nagrany we współpracy z Davem Bayley z Glass Animals. Kompozycja dość chillowa z jednostajnym rytmem. Na deser zostaje Weekend z ciekawą konstrukcją. Na początku mamy stonowane intro, później trochę wokalu i na koniec instrumental do którego wkrada się pianino. Dość odważne, ale intrygujące połączenie.

Skin Companion EP II to kolejne dziecko muzyczne, które było zamierzone i konsekwentnie wykonane. Mini-album, podobnie jak pozostałe krążki, to podróż po szeroko rozumianej elektronice i jej odłamach. To lekcja dla innych muzyków pokroju The Chainsmokers.

1 KOMENTARZ

  1. O tym panu dowiedziałem się dzięki piosence Wall Fuck i jak nigdy nie byłem przekonany do takich brzmień to Skin i dwie kolejne EPki uwielbiam w całości, z każdym utworem chcę coraz więcej, mistrz <3
    PS. Płyty doszły, wielkie dzięki <3

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.