Magiczna, barokowa, oniryczna, baśniowa – tak często muzykę Florence + the Machine opisują ich fani. Trudno się z tymi określeniami nie zgodzić. Aura, którą charyzmatyczna Florence Welch tworzy wokół siebie, potrafi sprawić, że nawet najbardziej wymagający słuchacz może przenieść się w zupełnie inny świat. To już 10 lat, od kiedy gra Maszyna tej rudowłosej Brytyjki. Przed nami High As Hope, czwarta część jej muzycznej opowieści.
Każda nowa płyta Florence + the Machine to niemałe wydarzenie w branży. Ciężko bowiem oprzeć się urokowi, charyzmie i ekspresji Welch, która zawsze z niezwykłą elegancją oraz gracją prezentuje swoje kolejne odsłony. Dla wielu osób Brytyjka szybko stała się prawdziwą muzyczną ikoną. Piosenki pełne często szalonych i bogatych aranżacji, bliżej nieokreślona mistyczna aura oraz teledyski kipiące symbolizmem. Florence to artystka pełną gębą, a muzyka 31-latki jest niczym podróż w głąb jej kreatywnego umysłu. Tak przynajmniej było przy poprzednich płytach stworzonych wspólnie z Maszyną. Każda zupełnie inna, każda naładowana emocjami, każda pełna magicznego klimatu.
Przyszła w końcu pora na czwarty rozdział Florence + the Machine, czyli album High As Hope. Zespół ze zjawiskową artystką na czele przyzwyczaił nas, że w ich muzyce dzieje się mnóstwo. Barokowy przepych, teksty pełne metafor, magiczny nastrój oraz szalony wokal – bez tego wszystkiego trudno sobie wyobrazić płytę rudowłosej gwiazdy. Okazuje się, że może być inaczej. Dużo inaczej.
High As Hope to najbardziej subtelne dzieło w dorobku Florence Welch. Tym razem Brytyjka postanowiła eksplorować dużo spokojniejsze muzyczne rejony, nie rezygnując jednak z ukochanej przez siebie mieszkanki indie i popu. Mnóstwo tu intymnych momentów, miejscami bardzo cichych i wycofanych. Delikatne, otwierające album June, pełne uroku oraz ciepła Grace, niesamowicie emocjonalne The End Of Love czy nagie, eksponujące wokal No Choir. Podobnie singlowe Sky Full of Song – kolejna łagodna i nienarzucająca się melodia, która może Cię zahipnotyzować.
Po raz pierwszy w karierze Florence opowiada o walce ze swoimi demonami w tak minimalistyczny, szczery i wrażliwy sposób. Taki zabieg nie redukuje jednak intensywnych emocji na albumie, co więcej on je nawet potęguje. Welch staje przed słuchaczami niczym naga kobieta, która w końcu znajduje w sobie odwagę i jest gotowa powiedzieć o wszystkich bolączkach, wątpliwościach oraz najciemniejszych zakątkach samej siebie. Nie boi się głośno zastanawiać nad życiem, umykającą młodością, sensem miłości, pragnieniem szczęścia i relacjami międzyludzkimi. Niemal każde słowo kreuje w sposób uniwersalny, dzięki czemu jej poetyckość jest dostępna oraz możliwa do zrozumienia dla każdego.
Wybuchowa Maszyna rudowłosej Florence zdecydowanie zwolniła, a aranżacyjny przepych zastąpiła w wielu miejscach prostota, mocno wyeksponowany wokal i subtelne detale. Melodyjnego szaleństwa Lungs czy tajemniczego mroku Ceremonials raczej tu jak na lekarstwo, ale nieco ożywionych momentów, dobrze uzupełniających dzieło, nie brakuje. Wyraziste South London Forever, zaskakujące klimatem 100 Years, dynamiczne Patricia (będące hołdem dla Patti Smith), niesamowicie osobiste, pełne energii Hunger czy lekko niepokojące i zmysłowe Big God, które flirtuje trochę ze wspomnianym już Ceremonials. Maszyna aż tak bardzo nie zwolniła.
To nie tak, że Florence Welch zerwała ze swoją muzyczną przeszłością. Twórczość Brytyjki dojrzewa i najwyraźniej nie musi ona już na każdym kroku atakować porywającymi oraz wybuchowymi aranżacjami, aby wyrazić siebie. High As Hope to płyta godna uwagi – intymna, melancholijna, zaskakująco kameralna, ale jednocześnie niezwykle szczera. Mimo że czasami smuci i prowadzi do trudnych refleksji, pozostawia słuchacza z uczuciem nadziei oraz światełkiem w tunelu. Cisza też może być magiczna, prawda Florence?
