Fink wystąpił w warszawskim klubie Stodoła. Relacja Zuzanny Janickiej

Zawsze to wielka radość, gdy do Polski przyjechać ma twój ulubiony wykonawca. Radość ta jest jeszcze większa, gdy okazuje się, że zarówno miejsce jak i data wydarzenia ustalana jest jakby pod ciebie i bez specjalnych wyrzeczeń możesz się na koncercie zjawić. A potem ustać blisko sceny i cieszyć się wspaniałą muzyką. Jak ja w ostatnią niedzielę.

W warszawskim klubie Stodoła wraz ze swoim zespołem wystąpił Fink – brytyjski wokalista i gitarzysta, którego twórczość odkryłam przeszło cztery lata temu. Rzadko się zdarza, bym po jednej, usłyszanej przypadkowo piosence (Warm Shadow) chciała zaraz sięgać po czyjąś pełną dyskografię, ale głos artysty tak mnie zachwycił, że nie mogłam przejść obok niego obojętnie. I, z tego co widziałam już drugi raz, nie tylko ja. Fink ma w Polsce spore grono fanów. Nie dziwi więc, że chętnie tu wraca. Co więcej jego najnowsze tournee rozpoczęło się przed paroma dniami w Gdańsku. Można więc powiedzieć, że na naszych oczach Brytyjczyk szlifuje swoje premierowe kompozycje z płyty Resurgam.

Obserwując karierę Finka przekonałam się, że wokalista lubi zaskakiwać. Jak chociażby wtedy, gdy rok po premierze Hard Believer wydał album Horizontalism, na którym wrócił do elektronicznych korzeni i ubrał w zupełnie nowe dźwięki utwory z tamtego wydawnictwa, zmieniając je nie do poznania. Czy w tym roku, kiedy wydał bluesowy krążek Fink’s Sunday Night Blues Club Vol. 1 i zapowiedział jesienną trasę, po czym odstawił te numery na bok, bo miał już nagrany kolejny album i to z nim postanowił podróżować po Europie.

Ostatni raz wokalistę widziałam na żywo na początku 2015 roku. Chociaż wydaje się, że było to dopiero co, co nieco się pozmieniało. Do koncertowego składu Finka dołączył drugi perkusista, a sam artysta zdecydował się opanować sztukę gry na keyboardzie – instrumencie, który często przewija się w nowych kompozycjach. Podczas warszawskiego koncertu zasiadł przy klawiszach trzykrotnie, prezentując nam mocne numery Day 22 i Godhead oraz poruszającą, wykonaną w skupieniu balladę Word to the Wise.

To nie jedyni reprezentanci Resurgam. Pojawiły się także takie utwory jak This Isn’t a Mistake oraz refleksyjne Not Everything Was Better in the Past, którego wykonanie poprzedziła krótka anegdotka Finka. Okazuje się, że pomysł na taką kompozycję przyszedł wokaliście do głowy, kiedy czytał książkę (prawdziwą, z papierowymi kartkami, nie e-booka) w berlińskim metrze. Być może, idąc tropem tytułu piosenki, nie wszystko kiedyś było lepsze, ale ta uwaga nie przeszkodziła artyście obdarować nas szczodrze dawnymi kawałkami. Usłyszeliśmy więc Warm Shadow, Perfect Darkness, uwielbiane przez publiczność Looking Too Closely oraz podszyte elektroniką Fall Into the Light (w live wersji mniej mroczne od oryginału). Przed bisami pojawił się także Pilgrim, w tekście którego padają moje ulubione słowa słowa

From small beginnings come big endings.

Po nim, na zakończenie, przyszła pora na dwie najstarsze kompozycje – Biscuits for Breakfast i This Is the Thing. Te dwie niepozorne piosenki otworzyły Finkowi drzwi do kariery. Kariery może nie obfitującej w niezliczone przeboje czy płytowe bestsellery, ale za to równej i ciągle budzącej zainteresowanie fanów gitarowych brzmień. Z niepozornych początków wyrósł projekt naprawdę intrygujący.

SETLISTA

  • Warm Shadow
  • Day 22
  • Sort of Revolution
  • Not Everything Was Better in the Past
  • Perfect darkness
  • Resurgam
  • Godhead
  • Fall Into the Light
  • This Isn’t a Mistake
  • Looking Too Closely
  • Word to the Wise
  • Pilgrim
  • Biscuits for Breakfast
  • This is the Thing

Czytaj również