Właśnie mija tydzień od ostatniego koncertu Kwiatu Jabłoni, a ja nadal czuję te niezwykłe emocje. To, w jaki sposób rodzeństwo Sienkiewicz zakończyło trasę „Mogło być nic” zostanie mi w pamięci na długo.
Zupełnie szczerze mówiąc, w poprzednią niedzielę nie miałam w ogóle ochoty wybrać się na ten występ. Byłam chora, w Warszawie padało, a Kasię i Jacka widziałam już tyle razy na scenie, że nie podejrzewałam, że mogą mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Skusiła mnie skala tego wydarzenia (odbywało się ono na błoniach Stadionu Narodowego), cudowni goście i fakt, że była to ostatnia możliwość posłuchać ich na żywo w plenerze tego lata – a może i posłuchać kogokolwiek.
Dotarłam akurat jak zespół Rozen rozkręcał się na scenie i jak zwykle zadałam sobie to samo pytanie – jakim cudem ci wspaniali muzycy są tak mało znani? Nieco upraszczając, Rozen to muzyka dla fanów Mumford and Sons, The Lumineers czy Of Monsters & Men – a tych w naszym kraju nie brakuje. Mam nadzieję, że właśnie ten wieczór, podczas którego słuchały ich tysiące osób, będzie punktem zwrotnym w ich karierze.
Ale wracając do Kwiatu Jabłoni – o ile na pierwszych koncertach gromadzili kilkadziesiąt osób, a ich wejście na „scenę” (czasem po prostu do pokoju czy na dziedziniec kawiarni) mogło pozostać przez niektórych niezauważone, o tyle teraz tłum przez kilkanaście minut klaskał, śpiewał i skandował ich imiona. Mimo tego, że polska publiczność znana jest z zaangażowania na wydarzeniach muzycznych, takie powitanie to nadal rzadkość w przypadku polskich artystów.
Jedna rzecz to zyskać popularność i mieć oddanych fanów – zupełnie inna to potrafić to udźwignąć. Kasi i Jackowi udało się to zaskakująco dobrze – przez cały koncert zwracali się do ludzi, reagowali spontanicznie na różne sytuacje i potrafili idealnie kontrolować nastrój na błoniach. Kasia, która na pierwszych koncertach była niemal przyklejona do fortepianu, teraz chętnie i często wstawała od instrumentu, wiedząc, że czasem od akompaniamentu ważniejszy jest kontakt ze słuchaczami, ruch sceniczny, rzucenie kilku spojrzeń i uśmiechów. Z kolei Jacek, w którym jeszcze przy pierwszej płycie „Niemożliwe” wyczuwałam delikatnie nieśmiałość, zachęcał ludzi do klaskania, żartował i wyglądał na zupełnie wyluzowanego.
Przy całym profesjonalizmie i uroku Kwiatu Jabłoni, nie dało sie jednak nie zauwazyć, jak ważni tego wieczoru byli goście specjalni. Wykonanie „Wodymidaj” z Ralphem Kaminskim wzbudziło niesamowite emocje i dało zarówno muzykom, jak i słuchaczom duży zastrzyk energii na kolejne utwory. Julia Pietrucha wprowadziła mieszankę uroku i szaleństwa, śpiewając z duetem „Drogi Proste”, a na deser zaserwowano nam Vito Bambino i przesłodki cover „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, który odśpiewaliśmy wszyscy razem.
Goście, idealnie skonstruowana setlista, przemyślana, ale nie sztywna konferansjerka: to wszystko sprawiło, że choć długi, ten koncert z pewnością nie był nudny. Sienkiewiczowie dali nam momenty wzruszeń przy „Komecie”, wspólne cieszenie się muzyką przy „Dziś późno pójdę spać”, ale i pospolite darcie ryja przy „Wzięli zamknęli mi klub”. Na uwagę zasługuje także świetne nagłośnienie i światła, które doskonale pasowały do piosenek i nadawały im rytm. Może właśnie w tej różnorodności i umiejętności dopasowania się do sytuacji tkwi sekret popularności Kwiatu Jabłoni, bo na pierwszy rzut oka filozoficzne teksty ubrane w folkowe brzmienia nie wydają się przepisem na sukces w kraju podzielonym na disco polo i rap. U Kasia i Jacka to zdaje egzamin, bo czujemy, że jest to szczere. Kasia chętnie dzieli się wyznawanymi przez siebie wartościami, nawet jeśli ceną za to są rodziny wychodzące z koncertu na widok tęczowej flagi. Z kolei jej brat nie ma oporów czerpać ze swojego wykształcenia, aby przybliżyć nam filozoficzne nurty, co niektórym mogło by się wydawać zbyt ciężkie na takie show. Dzięki temu ich teksty nabierają jeszcze większej głębi, a ich interpretacje brzmią naturalnie i przekonująco.
Marzę o tym, żeby Kwiat Jabłoni stał się wzorem dla innych zespołów, że to co szczere, wartościowe, ważne, też się sprzedaje. Że można mieć zaufanie do swoich słuchaczy, że nie zniechęci ich ambitny tekst albo trochę bardziej skomplikowana melodia. Że można śpiewać o założeniach wielkich filozofów, a potem o piciu piwa i jabolu; jedno z drugim się nie wyklucza. I wreszcie, że można bronić swoich wartości w sposób zdecydowany i nienachalny zarazem, a jednocześnie zdobyć popularność, czuć się dobrze ze sobą i wspólnie cieszyć dobrą muzyką – bo o to w tym wszystkim chodzi.


