Faith No More – Sol Invictus (2015), recenzja Filipa Wiącka

18 lat. Słownie: osiemnaście lat. Tyle przyszło fanom grupy Faith No More czekać na następcę Album of the Year z 1997 roku. Od tego czasu wydarzyło się naprawdę wiele, a w muzyce zmieniło się niemal wszystko. A oni jak gdyby nigdy nic wydali nową płytę. I… znów zachwycają, jakby to wciąż były lata 90.

Pomimo lata starć, niezgody i niezliczonych przetasowań w składzie zespołu Faith No More wypracowali swój własny, niepowtarzalny styl, który charakteryzuje się… no właśnie. Ich twórczości nie da się schować w żadnej szufladce, nie da się przypisać do niej konkretnego gatunku. Każda kolejna płyta jest inna od poprzedniej, lecz wszystkie łączą podobne cechy: różnorodność, nieprzewidywalność, eklektyzm. Takie jest też Sol Invictus. Zapnijcie pasy, panowie przygotowali dla nas niespełna 40-minutową przejażdżkę po naprawdę przeróżnych brzmieniach.

Płyta zaczyna się dosyć niepozornie – delikatne dźwięki instrumentów klawiszowych nie zapowiadają tej karuzeli, którą przejedziemy się w dalszej części płyty. Sol Invictus samo w sobie jest jednak bardzo dobrym utworem, w którym kapela doskonale buduje napięcie (ten jakby świdrujący refren, choć dosyć prosty, przykuwa uwagę słuchacza). Następny numer w kolejce – singlowe Superhero – grany był na żywo już od 2012 roku. To bodajże najbardziej dynamiczna i energiczna pozycja na płycie. Nieco punkowa, wykrzyczana przez Mike’a Pattona. Część jej cech powielają Sunny Side Up, które w dodatku posiada najbardziej przebojowy i na swój sposób chwytliwy refren; łatwo przyswajalne, szybko wpadające w ucho Motherfucker czy też oparte w dużej mierze na brzmieniu gitary akustycznej From the Dead.

Choć wszystkie opisane wyżej kawałki prezentują zbliżony, wysoki poziom, żaden z nich nie należy do najlepszych na albumie. Najlepsze na Sol Invictus są bowiem te najbardziej nietypowe, najmocniej odstające od reszty i najbardziej eksperymentalne utwory. Zaliczyć można do nich choćby Seperation Anxiety będące popisem zdolności wokalnych Pattona. Jego złowrogi szept (przeradzający się w dalszej części nagrania w krzyk) potrafi przyprawić o ciarki. Marszowe, nieco wolniejsze Cone of Shame zwraca uwagę przede wszystkim niebanalnym tekstem:

Town is quiet now
Like it’s holding its breath
Stone marks the spot
You know who you are

Zachwyca także ponure Rise of the Fall przypominające w pewien sposób o funkowych inspiracjach grupy (choć same w sobie niemające z tym gatunkiem wiele wspólnego), a także hipnotyzujące, charakteryzujące się jednym motywem zapętlonym przez parę minut Matador.

Przed premierą Sol Invictus fanów twórczości Faith No More z pewnością nurtowało pytanie, czy nowy longplay formacji dorówna poprzednim. Czy będzie tak świeży jak The Real Thing, tak zakręcony i eksperymentalny jak Angel Dust, tak ostry i głośny jak King for a Day… Fool for a Lifetime czy może nieco poważniejszy jak Album of the Year. Odpowiedź brzmi: nie. Owszem, tak jak wspomniałem już wcześniej, każdy kolejny krążek FNM ma pewne cechy wspólne z poprzednikiem – tu jest tak samo – ale zarazem każdy kolejny to nowa historia. Na nowym albumie nie ma tak niesamowitego utworu jak Malpractice, nie ma przeboju na miarę Epic czy zaskakującego kawałka w stylu She Loves Me Not. Mimo tego każda z 10 kompozycji wyraźnie wskazuje na jej autorów.

Żeby zrobić coś takiego jak Sol Invictus trzeba być członkiem zespołu Faith No More. Zniknąć na dobre kilkanaście lat, a powrócić, jakby minął jeden dzień. Stworzyć coś świeżego, interesującego, kiedy wydawało się, że stać ich już tylko na powielanie starszych pomysłów. W końcu – pomimo wszelkich sprzeczek, które doprowadziły do rozpadu zespołu pod koniec lat 90., potrafić się pozbierać i dogadać. Chapeau bas, panowie.

Czytaj również