Na ten koncert czekałam od października, kiedy to Ewelina Flinta podczas wywiadu w Warszawie zaprosiła mnie na premierowy występ do Nieba. Z nowej płyty znałam wtedy tylko piosenki „Zakochana” i „Frutti di Mare”, ale przyjęłam to zaproszenie w ciemno. Skoro o dwóch utworach potrafiłyśmy rozmawiać przez godzinę (a chętnie pogadałabym dłużej!), to wierzyłam, że reszta albumu będzie co najmniej równie intrygująca – i się nie zawiodłam.
Mam wrażenie, że Ewelina anno domini 2022 jest w swojej szczytowej formie. Oczywiście wokalistka zawsze miała ogromny talent, świetny warsztat i charyzmę, dzięki czemu wybiła się w konkursach muzycznych. Jednak teraz doszła do tego niezwykła kontrola nad głosem, dojrzałość i… spokój. Słuchając wielu piosenkarzy na żywo martwię się za nich, że gdzieś wkradnie się fałsz, na refren zabraknie oddechu, a tekst w końcu się pomyli. Co ciekawe, Ewelina zadała nam podczas koncertu pytanie, czy jesteśmy zestresowani, i „tak” odpowiedziała tylko jedna osoba – nie byłam to ja. Czułam zaufanie do zespołu i pewność, że wokalistka śpiewająco (nomen omen) poradzi sobie z nowym materiałem, i właśnie tak się stało.
Nowy repertuar zasługuje na uwagę, podziw i wielkie brawa. Piosenki z płyty Mariposa poruszają kilka bardzo poważnych tematów, jak przestępstwa seksualne, feminizm czy nawet śmierć. Mimo to do wszystkich kawałków można się bujać, a nawet tańczyć w parach, co również miało miejsce pod sceną. Jest też kilka lżejszych piosenek, ale co ciekawe, to te najtrudniejsze teksty spotkały się z największym entuzjazmem. Myślę, że to rezultat ciekawej rytmicznie linii melodycznej i zróżnicowanej pracy wokalnej Eweliny Flinty, która potrafiła obrócić każdą pozycję z setlisty w osobną opowieść. Spójność tym osobnym historiom nadawała konferansjerka, którą wypadałoby raczej nazwać serdeczną rozmową z przyjaciółką. Artystka dzieliła się z nami między innymi opowieściami ze Stanów Zjednoczonych, dzięki którym nawet ten mroźny grudniowy wieczór wydawał się cieplejszy i bardziej beztroski.
Jedyne, co mi przeszkadzało tego wieczoru, to dużo przestrzeni, wygodne sofy, brak kolejek do baru, dobra widoczność sceny i akustyka bez zarzutu. Jestem masochistką czy po prostu rąbnęłam się przy pisaniu? Nic podobnego. Chciałabym po prostu, żeby perfekcyjna jakościowo muzyka i dające do myślenia, mądre i chwytliwe teksty docierały do tłumów, a nie tylko garstki koneserów. Warszawski klub „Niebo” powinien być wyprzedany, a impreza przeniesiona przynajmniej do Palladium, jeśli nie na Torwar. Jednak tak bywa z nowymi albumami, szczególnie po powrocie na scenę po latach, że trzeba najpierw pokazać słuchaczom nowy materiał, aby mogli go następnie docenić i wreszcie pokochać. Nowe piosenki nie zyskują fanów automatycznie, tylko muszą na nich zapracować. Więc pozwólmy im pracować.

