
Eurowizja to temat-rzeka. Krytykowana za rzekomy kicz czy zbyt duży wpływ polityki wciąż wzbudza wiele emocji. Każdego maja (wyłączając ten rok) gromadzi przez telewizorami miliony widzów i ma sporą, oddaną grupę fanów. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje, że gigant platform filmowych kręci film o największym konkursie muzycznym świata wśród eurofanów zawrzało. Po miesiącach zapowiedzi w końcu dostaliśmy oczekiwany film. Który okazał się zły pod każdym względem.
W ostatni piątek na Netflixie wylądował film Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga. W założeniu miała być to komedia opowiadająca o pochodzącym z małego, islandzkiego miasteczka tytułowym duecie Fire Saga, który wbrew wszystkiemu i wszystkim marzy o podbiciu najpopularniejszego konkursu na świecie. W praktyce udało się to połowicznie, gdyż produkcję tę ciężko nazwać pełnoprawną komedią. Raczej zlepkiem pseudośmiesznych gagów, dziurawej i totalnie przewidywalnej fabuły, której trzonem jest oczywiście historia miłosna, wiara w siebie i pogoń za marzeniami oraz braku jakiegokolwiek oddania realiów konkursu. Widocznie twórcy stwierdzili „hehe, zróbmy film o festiwalu kiczu i dziwadeł, będzie ś m i e s z n i e”. O tym, z jakim dziełem mamy do czynienia niech świadczą słowa reżysera produkcji, Davida Dobkina, który w jednym z wywiadów oznajmił:
Film nie będzie parodią Eurowizji, ponieważ jest ona parodią samą w sobie.
Po takich słowach ciężko oczekiwać wybitnej pozycji, która zmieni oblicze kinematografii. Jednak seans przekroczył moje wszelkie wyobrażenia.
Tytułowy duet Fire Saga to Lars Erickssong (Will Ferrel, który także odpowiada za scenariusz i produkcję) oraz Sigrit Ericksdottir (w tej roli Rachel McAdams). On to niespełniony artysta, który ma trudną relację z ojcem. Z kolei ona ma wielki talent, jednak nie jest jej dane rozwijać go w pełni. Oboje znają się od dzieciństwa, a ich największym osiągnięciem są występy w prowincjonalnych pubach, gdzie prezentują nie autorską twórczość, lecz kochane przez widzów szlagiery. Dzięki przypadkowi trafiają do islandzkich preselekcji Söngvakeppnin. Jednak wszyscy wiedzą, że ich zwyciężczynią będzie popularna na całej wyspie Katiana grana przez Demi Lovato (która swoją drogą na ekranie pojawia się dosłownie trzy razy i ma do powiedzenia dwie kwestie). Jednak dzięki splotowi wydarzeń, za którymi jak się okazuje stoi absurdalny twist, to właśnie Fire Saga otrzymuje bilet na Eurowizję. W filmowej rzeczywistości konkurs odbywa się… w Edynburgu, chociaż konkursowa scenie to ta, która mieliśmy okazję widzieć w zeszłym roku w Izraelu. Logiczne.
Już podczas samego konkursu nasi główni bohaterowie poznają przyjaźniących się reprezentantów Rosji (Dan Stevens jako Alexander Lemtov) oraz Grecji (Melissanthi Mahu jako Mita Xenakis). Reprezentant największego kraju świata to opływający w luksusy, ekscentryczny narcyz i podrywacz i oczywiście faworyt do wygranej. Dzięki jego wątkowi twórcy komentują sytuację osób LGBT w Rosji, co stanowi jeden z najbardziej trafionych momentów w filmie. Zresztą cała postać Alexandra to najjaśniejszy punkt filmu. Stevens świetnie odnajduje się w konwencji pewnego siebie uwodziciela, który skrywa sekret mogący negatywnie odbić się na jego pozycji na lokalnym rynku. To właśnie sceny z jego udziałem ogląda się najprzyjemniej. Mita to z kolei seksbomba, która w fabule jest potrzebna tylko do jednej sceny. Postać ta zarówno wcześniej, jak i później to wyłącznie tło.
W tle oczywiście mamy wątek miłosny. Nasza para Islandczyków zna się na wylot, jedna ze stron czuje coś więcej, jednak druga chce się skupić na karierze, bo „miłosne relacje niszczą zespoły”. Przez to dochodzi do nieporozumień między Larsem i Sigrit, a ich udział w Eurowizji to pasmo niepowodzeń. Problem w tym… że nas to nie obchodzi. Postacie są tu jedynie zarysowane, nie czujemy z nimi żadnej więzi i nie mamy żadnego powodu, aby im kibicować. Szczególnie bohaterowi granemu przez Willa Ferrela. Przez jego egoistycznie zachowanie, nietrafione pomysły i irracjonalny upór w pewnym momencie kibicujemy Sigrit, aby uwolniła się spod jego destrukcyjnego wpływu, który ciągnie ją na dno. Jednak film jest powieleniem doskonale znanych klisz i utartych schematów, więc wszyscy wiemy jaki będzie finał.
Fabuła fabułą, postacie postaciami, lecz ten film to komedia. Powinno być śmiesznie, rozrywkowo a gagi i odpowiednio ograne żarty sytuacje powinny się same bronić i stanowić o sile produkcji z tego gatunku. Jednak film wykłada się także i na tej płaszczyźnie, a prezentowany humor jest wyjątkowo mało finezyjny. Mamy tu żarty o członkach, wierzeniach ludowych czy Amerykanach (chociaż słowa „nie chcemy was tu mogą być odczytywane jako… aluzja do ewentualnego startu USA w „normalnej Eurowizji”). Większość gagów i skeczy już słyszeliśmy milion razy, a tych których one śmieszyły już dawno przestały, bo stały się zbyt oklepane i starte. Dla przykładu – kiedy ktoś tuż przez występem mówi o długiej sukni to jesteśmy niemal pewni, że przez ten element garderoby występ życia zakończy się katastrofą.
Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga w teorii miał odnosić się do Konkursu Piosenki Eurowizji. Tymczasem ignorowane są tutaj wszelkie zasady rządzące konkursem w rzeczywistości, a jedynym wspólnym elementem jest tylko i wyłącznie nazwa. Siedem osób na scenie? Jasne. Jawne głosowanie w półfinale? Czemu nie. Zmiana piosenki pomiędzy półfinałem a finałem? No pewnie, w końcu zbliża się koniec filmu i musimy popchnąć fabułę do przodu, nie patrząc na jakąkolwiek logikę. Twórcom nie chciało się zadbać chociażby o takie szczegóły, przez co klimatu prawdziwiej Eurowizji nie ma nawet przez sekundę. Z perspektywy fana tylko cameo postaci takich jak Loreen, Conchita, Netta, Salvador Sobral czy Bilal Hassani oraz aluzje do występu Lordi czy Marii Yaremchuk przypominało mi do czego historia Fire Sagi miała nawiązywać. Wątpię, czy ekipa realizacyjna obejrzała chociaż jedną Eurowizję w całości, chociaż Will Ferrel jest rzekomo jej stałym widzem, a miłość do konkursu zawdzięcza pochodzącej ze Szwecji żonie. Niestety, podczas seansu kompletnie tego nie czuć.
Jako, że film jest „inspirowany” konkursem muzyczny warto pochylić się nad aspektem dźwiękowym. Jednak jego poziom nie odstaje od reszty produkcji. Głównym singlem promocyjnym została piosenka Volcano Man – typowy, skandynawski, eurodance’owy szlagier żywcem wyjęty sprzed kilku lat. Reszta soundtracku prezentuje podobny poziom. Wszystko brzmi dość tandetnie, przestarzale i stanowi najbardziej stereotypowy pogląd o eurowizyjnych piosenkach, które dominowały w konkursie jakieś 15 lat temu (dla przypomnienia – mamy 2020 rok). I dałoby się tego bronić, gdybyśmy mieli porządnie przygotowane kawałki, które trafiłyby na playlistę z gatunku „guilty pleasure” niejednego słuchacza. Tylko że nie tym razem. Przygotowane piosenki w żaden sposób nie wpadają w ucho i tuż po ostatnim takcie zapominamy, że one istnieją.
Po seansie ciężko mi stwierdzić dla kogo film Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga był skierowany. Część fanów konkursu włączy go z czystej ciekawości, jednak ich uczucia podczas seansu będą opierały się na politowaniu przeplatającym się z zażenowaniem. Niedzielni widzowie i fani komedii na samym Netliksie znajdą ogrom innych, ciekawszych propozycji, a krytycy Eurowizji nawet nie rzucą okiem na tę pozycję. Tak więc jeśli macie wolne 2 godziny to uwierzcie, każdy inny sposób na ich spędzenie będzie przyjemniejszy niż obejrzenie „eurowizyjnej komedii”.
- Data premiery:
- Single:
