Trudno jest pisać o czymś, co z biegiem lat mimo kolejnych kompozycji jest nadal świeże. Oczywiście, mowa tutaj o chyba najpopularniejszej reprezentantce new age, Enyi. Rok 2015 jest dla artystki wyjątkowy, gdyż wydała pierwszy od 7 lat krążek. Dark Sky Island to kolejny album, który śmiało można wykorzystać jako ścieżka dźwiękowa do filmu bądź też do gry komputerowej, ale pomyślmy: czy taka promocja byłaby artystce w ogóle potrzebna? Ma stałych współpracowników, wsparcie wytwórni no i niedosyt fanów, którzy czekali na to wydawnictwo jak na Gwiazdkę Z Nieba. No, ale po kolei.
O premierze nowego wydawnictwa dowiedzieliśmy się właściwie kilka tygodni przed. Ta wieść zbiegła się w czasie wraz z udostępnieniem w formie singla nagrania Echoes In Rain. Lokomotywa promocyjna ruszyła, a fani z niecierpliwością odliczali dni i godziny. I oto jest… Podziwiam ich, gdyż nie licząc And Winter Came z 2008 roku, krążka świątecznego, na nowe dokonania Enyi czekano aż 10 lat! Chyba wystarczająco, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że nad materiałem pracowano 3 lata.
Gwarantem sukcesu, prócz pani Brennan są jeszcze państwo Ryan. On – producentem muzycznym, ona – autorką tekstów oraz twórczynią języku Loxian, który pierwszy raz od 10 lat możemy usłyszeć na najnowszym wydawnictwie. Dodając do tego wyjątkową barwę głosu Enyi, po raz kolejny dostajemy klucz do magicznego świata, gdzie rzeczywistość miesza się z fantastyką, a my zamykając oczy i wsłuchując się w harmonię dźwięków możemy sobie to wszystko wyobrazić. Pierwsze kompozycje z Dark Sky Island nie robią piorunującego wrażenia, jednakże tu – parafrazując to, co mówi się o filmach Alfreda Hitchcocka – z każdą kolejną, poczucie radości, spełnienia, a przede wszystkim relaksu i przyjemności rośnie. Takie odczucie spotkało mnie bardziej przy odsłuchu drugiej części albumu. Dowodem na to jest chociażby I Could Never Say Goodbye, który obok singlowego Echoes In Rain porwał mnie – oczywiście ze względu na lekkie podobieństwo do Can’t Help Falling In Love Elvisa Presleya. W następnych dwóch – w tytułowym Dark Sky Island oraz Sancta Maria można wręcz się zakochać. Pierwszy wymieniony przeze mnie utwór jest dość spokojną balladą, lecz drugi to prawdziwa eksplozja celtyckich brzmień i to właśnie tam mam chyba najbardziej wrażenie, że jest się w średniowiecznym kościele, a chór wykonuje właśnie tą pieśń pochwalną na cześć Maryi. Następnym najmocniejszym punktem krążka jest kompozycja The Loxian Gate, który swoim patosem onieśmiela. Zasługuje na większą uwagę słuchacza, nie tylko ze względu na szczególne posługiwanie się wspomnianym wcześniej językiem… Sądzę, że jest to dobry pomysł na następny krok w promocji nowego dzieła artystki.
Osoba, która ma styczność po raz pierwszy z Enyą (ale tak na serio, bo co najmniej raz w życiu słyszał chociażby Only Time) nie od razu pokocha zawartość tego albumu, chociaż paradoksalnie jest do jeden z najlepszych wydawnictw, jakie nagrała do tej pory. Na to potrzeba czasu – by docenić piękno i wysiłek nad stworzeniem nowego materiału. Pragnę podkreślić – jest to album zrobiony na wysokim poziomie, powtarzalnym wręcz przy pozostałych pozycjach z dyskografii artystki. Nie ma złych numerów – możliwe, że niektóre numery na dzień dobry Wam nie podpasują, ale przekonacie się do nich po kolejnych odsłuchach. Jeżeli ktokolwiek z Was stwierdzi, że jest to nudne, warto byście postawili sobie pytanie: czy wyobrażacie sobie panią Enyę Brennan w innym repertuarze?


