Emeli Sandé – Long Live the Angels (2016), recenzja Dariusza Kozery

2
255

Ten dzień nareszcie nadszedł. Po czterech latach w końcu trzymam w rękach drugi studyjny album Emeli Sandé. Przed rozpoczęciem odsłuchu w mojej głowie pojawiła się jednak pewna obawa i pytanie: czy warto było tyle czekać? Odpowiedź w dalszej części recenzji.

Cztery lata temu miałem przyjemność słuchać debiutanckiego albumu Emeli. Our Version of Events szybko stał się jednym z moich ulubionych krążków i zdobył moje serce. Cała płyta jest pełna emocji, pięknych tekstów no i doskonałego wokalu, jaki posiada panna Sandé. Taka kombinacja błyskawicznie mnie do siebie przekonała i zmusiła do wielokrotnego odtwarzania tej płyty. Na drugi album piosenkarki musiałem jednak trochę poczekać. Z każdym kolejnym rokiem wiedziałem jednak, że Brytyjka szykuje dla mnie coś naprawdę dobrego i nie ma co jej pośpieszać. Moje oczekiwanie zostało wynagrodzone 11 listopada, kiedy to światło dzienne ujrzał długo wyczekiwany album Long Live the Angels.

Na sam początek otrzymaliśmy Hurts. Kawałek z pewnością nie jest idealnym odwzorowaniem tego, na czym w większości opiera się twórczość Sandé. Wokalistka wyszła jednak z niego obronną ręką i po raz kolejny zaimponowała mi swoimi umiejętnościami wokalnymi oraz tym, jak potrafi przekazać emocje za pomocą swojego głosu. Wybranie tego utworu na singiel przewodni z pewnością było ryzykiem, jednak w pełni się ono opłaciło.

Wyżej wspomniany kawałek mógł jednak dać złudną nadzieję niektórym słuchaczom na to, że cały album Emeli będzie wypełniony takimi brzmieniami. Tak jednak się nie stało. Long Live the Angels to powrót korzeni wokalistki. Sandé powiedziała o nowej płycie:

Chciałam mieć pewność, że płyta nie jest przesadnie wyprodukowana, ale wokalnie poszłam na całość

Piosenkarka w pełni zrealizowała swoje założenie. Muzyka oraz produkcja stanowią drugi, momentami dość odległy plan. W kompozycjach takich jak Selah, Happen, Give Me Something czy Lonely ewidentnie to widać. Rzeczami, na których ma się skupić słuchacz są tutaj wokal oraz teksty. Piosenkarka dosłownie poszła na całość w kwestii wokalnej. W żadnym utworze nie usłyszymy niepewnej siebie, przerażonej bądź stłamszonej Emeli. Wręcz przeciwnie! Słuchając tego albumu byłem wielokrotnie zaskoczony tym, na co stać wokalistkę. Jej wokal jest dopracowany do granic możliwości i za każdym razem perfekcyjny. Cieszy mnie również fakt, że Sandé tak często wykorzystuje w swoich utworach chór. Jest to świetny dodatek to muzyki, którą tworzy. Nie mogę sobie wyobrazić utworów Tenderly, Every Single Little Piece oraz Breathing Underwater bez jego udziału. Chórki dodają tym kompozycjom swoistego uroku i sprawiają, że jeszcze bardziej urzekają one słuchacza.

Tym co najbardziej urzekło mnie w twórczości Sandé jest jej zdolność do pisania przepięknych, momentami brzmiących niczym poezje, tekstów oraz umiejętność przekazania emocji poprzez piosenkę. Nie jeden wokalista ma problemy z pełnym wczuciem się w dany utwór. Ta sytuacja nie dotyczy jednak Emeli. Przy Shakes, Sweet Architect oraz Right Now nie da się przejść obojętnie. Ta trójka to bez wątpienia moje ulubione utwory i najmocniejsze punkty tego wydawnictwa. Nie ma możliwości, aby przejść obok nich obojętnie. Jeśli zamkniecie oczy i wsłuchacie się w głos piosenkarki, to natychmiast przeniesie was do swojego świata. Te utwory są tak przepełnione różnymi emocjami, że aż wylewają się z nich w każdą stronę. To właśnie na takie kompozycje było warto czekać te cztery lata.

Long Live the Angels to jednak nie tylko wzruszające ballady. Album ten jest opowieścią, która zaczyna się od smutnych brzmień, jednak z czasem pojawia się radość. Tak jak wszystkie bajki ta historia również kończy się szczęśliwie. Końcówkę albumu wypełniają pozytywne emocje. Przy Highs & Lows oraz Babe uśmiech sam wskakuje na twarz a ciało aż rwie się do ruchu. Osobiście zawsze słucham wersji deluxe albumu. Często można tam znaleźć perełki, która stanowią doskonałe uzupełnienie całości, którą słuchacz otrzymuje wraz z wersją podstawową. W tym przypadku było podobnie. Nie wyobrażam sobie tego wydawnictwa bez Kung Fu, Somebody oraz This Much Is True. Każdy, kto czuje chociaż lekki niedosyt po wysłuchaniu podstawowych 15 utworów powinien przesłuchać te trzy dodatkowe kawałki. Gwarantuję wam, że po nich wspomniane uczucie zniknie.

Nie ma co tutaj za dużo opowiadać. Long Live the Angels to światowej klasy album. Po takim debiucie Emeli miała naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę, której nie dało się z łatwością przeskoczyć. Nie wiem jak, ale wokalistka podołała temu zadaniu. Sandé powróciła do korzeni, opowiedziała swoją historię i z pewnością dotknęła serca wielu słuchaczy na całym świecie. Jak dla mnie wokalistka może być naprawdę dumna z tego, co udało jej się stworzyć. Na taką płytę naprawdę warto było czekać te cztery lata.

2 KOMENTARZE

  1. Po tej recenzji z pewnością odsłucham, mam nadzieję, że jest tak dobry, jak stwierdza recenzent :)

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.