W przestrzeni artysty. Emeli Sande – Let’s Say For Instance (2022), recenzja

Inne recenzje

Najnowsze wydawnictwo, które ukazało się 6 maja, jest już czwartym krążkiem w dorobku Emeli Sande. Jej pierwsze muzyczne dziecko Our Version of Events swą premierę miało w 2012 roku. Let’s Say For Instance jest dla niej albumem wyjątkowym, bo tworzonym w pełni pod jej kontrolą. Powstawał on w domowym studiu artystki, w czasach zamknięcia z powodu pandemii. Dzięki temu mogła ona pokazać w pełni swój potencjał na wielu płaszczyznach.

Jak wiemy, Emeli jest bardzo dobrą i utytułowaną tekściarką, i kompozytorką. Tutaj dodatkowo ujawnił się jej zmysł producencki, bo o wokalnym nie trzeba przypominać. Na krążku znalazło się 16 przeróżnych stylistycznie kompozycji. Mamy utwory instrumentalne, klimaty R&B oraz nieco żywsze propozycje, w tym duet. Podchodząc do przesłuchania tego albumy miałem w głowie to, że Sande bardzo dobrze porusza się w nostalgicznych klimatach oraz brzmieniach R&B. Jakie były moje oczekiwania? Na pewno nie liczyłem na kompozycje mocno popowe, czy w styli disco. Z pewnością do minusów trzeba wg. mnie zaliczyć instrumentalne July 25th oraz September 8th, jak dla mnie niewiele wnoszą, podobnie mam z utworem Summer, na dłuższą metę staje się monotonny i strasznie nudzący. Odmienne uczucia towarzyszą mi podczas słuchania skomponowanego i utrzymanego w fajnym tempie There Isn’t Much. Sande ciekawie rozpisała sobie wokale w zwrotkach, które wyciągają i akcentują końcówki wersów na wyższych dźwiękach. Kolejnym mocnym utworem jest Look What You’ve Done z gościnnym udziałem Jaykae. Pasuje mi na dobry radiowy banger. Stworzona z lekkością i polotem kompozycja, ubogacona o rapowaną zwrotkę przez gościa. Brzmi to bardzo dobrze, tym bardziej w połączeniu z brzmieniem instrumentów smyczkowych w refrenach.

Równie podobającą mi się propozycją jest Oxygen. To utwór bardzo brzmiący w stylu Sande. Głębokie elektroniczne bity, a do tego wyniosły klimat robią dobrą robotę. Zaskoczeniem jest dla mnie np. My Pleasure. Powiedziałbym, że brzmi on bardzo amerykańsko, w klimacie do jakiego przyzwyczaiły nas gwiazdki popu. Na pewno jest to utwór ciekawy i nietypowy dla tej artystki, przez co wzbudza u mnie spore zainteresowanie. Duże nagromadzenie tekstu, śpiew połączony z małymi elementami rapu, przeplatające się wokale. Zdecydowanie dużo się tu dzieje, a im więcej się dzieje gdy jest to skomponowane z głową, wpływa to na pozytywny wydźwięk. Tak jest w tym przypadku.
Wait For Me posiada w sobie ciepły klimat, a to za sprawą wiodącej tu prym melodii granej przez gitarę akustyczna, ubogaconą o wstawki z solówek. Sama kompozycja jest mocno ekonomiczna, jeśli weźmiemy pod uwagę nagromadzenie instrumentów. Nie liczy się jednak ich ilość ale jakość, dla mnie na duży plus. Uroku dodają chórki w refrenach. Są oczywiście również kompozycje bardzo ponure i melancholijne jak Another One oraz World Go Round. Oprócz nich mamy także utwory z dużym powerem czyli Brighter Days. Na koniec chciałbym wspomnieć o Look In Your Eyes. Jest to chyba najlepsza kompozycja na albumie. Dużo się dzieje, szczególnie w warstwie melodycznej. Pojawia się tu fajny groove instrumentów, funkowa linia basu. Sam utwór jest utrzymany w klimacie funk i trochę disco za sprawą instrumentów klawiszowych. Wokalnie ekstraklasa, szybkie wersy zwrotek nie stanowią dla Sande żadnego problemu. Przy takim warsztacie nie powinno to dziwić.
Było trochę o utworach, czas więc na małe podsumowanie. Pomimo mej sympatii do samej Emeli Sande, ten album niestety mnie specjalnie nie porwał. Oczywiście wiem, że nie należało się spodziewać fajerwerków, jednak z drugiej strony po tylu latach na scenie, które były mocno akcentowane, brakuje mi tutaj hitu na miarę Read All About It. Nawet właśnie takiego nostalgicznego, ale jednak hitu. Do takiego aspirować na pewno będzie mogło Look In Your Eyes, ale nie jest to ta sama klasa, poza tym styl utworu jest zupełnie inny. Poza nim i kilkoma przebłyskami więcej na krążku widzę minusów niż plusów. Warte podkreślenia jest jednak, że dzięki samodzielnemu tworzeniu i produkcji płyty od podstaw artystka miała pełną dowolność w całym procesie. To przełożyło się na możliwość oddania pełni swoich przemyśleń uczuć, tego co aktualnie gra jej w duszy. Dlatego myślę, że należy docenić tę jej niezależność na tej płaszczyźnie. Sam album na pewno nie zagości na mojej playliście na stałe, może kolejny będzie lepszy.
Emeli Sande - Let's Say For Instance
  • Data premiery: 06 05 2022
  • Single:
Najlepsze utwory: Look In Your Eyes, Look What You've Done, My Pleasure
Najsłabsze utwory: July 25th, Semptmber 8th, Another One


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Sebastian Torbicz
Sebastian Torbicz
Muzykolog, absolwent KULu w Lublinie. W wolnych chwilach lubi słuchać Bon Jovi, Delty Goodrem, muzyki francuskiej i wielu innych artystów. Ulubione gatunki to rock i pop. Otwarty na poszukiwanie i odkrywanie nowości w muzycznym świecie. Prywatnie muzyk samouk.

Czytaj również

☻ Najnowsze wydawnictwo, które ukazało się 6 maja, jest już czwartym krążkiem w dorobku Emeli Sande. Jej pierwsze muzyczne dziecko Our Version of Events swą premierę miało w 2012 roku. Let's Say For Instance jest dla niej albumem wyjątkowym, bo tworzonym w pełni pod jej...W przestrzeni artysty. Emeli Sande - Let's Say For Instance (2022), recenzja