Ellie Goulding – Halcyon Days (2013) – recenzja Marka Generowicza

Jak odnieść sukces jeszcze większy niż za sprawą dwóch poprzednich krążków? Jak sprawić, że reedycja przebojowego albumu będzie nie lada gratką nie tylko dla wiernych fanów? I wreszcie jak tworzyć hit za hitem, aby wydawnictwo stało się atrakcyjne w masowych rozgłośniach radiowych i podbijało niemal wszystkie listy przebojów? Spytajcie Ellie Goulding – ona to wie.

Ta brytyjska wokalistka pierwsze sukcesy święciła krążkiem Lights, na którym znalazł się choćby przebój Starry Eyed, znany m.in. z filmu Kick-Ass. Potem przyszła kolej na reedycję, jak jest zawsze przy okazji powodzenia wydawnictwa – Bright Lights. Jednak dopiero Ellie Goulding z roku 2012 to wybuch ekspresji, elektronicznego popu oraz wokalnego geniuszu, który nie zawsze tak łatwo odkryć w tego rodzaju muzyce. Dzięki tej artystce po raz kolejny można uwierzyć w synthpop, prorokując, że to ten gatunek może niedługo odnosić niemałe sukcesy. Jakby zajawką takiej przyszłości była płyta Halcyon – jeszcze nie do końca dopracowana, ale posiadająca w sobie mnóstwo walorów artystyczno-komercyjnych.

Puszczona w dobrym odtwarzaczu odkrywa w sobie dodatkową magię, a początkowe utwory tworzą specyficzny klimat, który określić mogę mianem paradoksu. Ironiczne podejście do słuchacza sprawia, że Ellie Goulding można postawić w gronie takich wokalistek jak Rita Ora czy Lykke Li, które tworząc muzykę rozrywkową, czasami wręcz taneczną, czy w skrajnym przypadku klubową, tak naprawdę adresują swoje utwory do jednostek, samotnych dusz, które w zamknięciu czterech ścian rozkoszują się takimi kompozycjami. I nie ujmując nic takiemu materiałowi, to wtedy brzmi on najprzyjemniej. Jednak reedycja nazwana przewrotnie Halcyon Days to krok do tyłu w zawrotnej karierze artystki. O ile podstawowa wersja płyty zawiera kawałki ciekawe, nietuzinkowe, a zarazem przebojowe, tak te na reedycji to w większości przyjemna, lekka strawa, która szybko wpada do ucha. Nic ponadto.

Ellie Goulding także w takiej wersji potrafi się odnaleźć i zaserwować fanom nowe przeboje. Singlowe Burn uderza w strunę dubstepu z mieszanką popu. To już jest największy przebój wokalistki, a wciąż pnie się w górę na listach przebojów. Potencjał na zostanie hitem ma także You, My Everything, znane z serialu Skins. Niestety kolejne kompozycje nie wybijają się z tłumu – zarówno elektroniczne Under Control, jak i kompletnie nijakie Flashlight. Żałuję, że choć na Halcyon artystka postawiła na kolaborację artyzmu i muzyki dla mas, tak na reedycji niemal całą przestrzeń poświęciła temu drugiemu. Nawet cover zespołu Alt J pt. Tesselate nie dodaje za wiele do mocno popowego krążka. Choć to udana kompozycja, kompletnie nie współgra z poprzednikami. Podobnie rzecz ma się z Midas Touch, który uważam za najlepszy na albumie – to świetna, niekomercyjna muzyka z genialnym tekstem i wybitnym wokalem Ellie. Jednak dwie kompozycje dobrego wrażenia za całość nie zrobią i choć cały album to udany wytwór komercji, taki tylko pozostanie.

Byłem bardzo ciekaw, czy po sukcesie Halcyon artystka zostanie w tej stylistyce. Niestety Ellie weszła jeszcze bardziej w pop, przez co traci swoją oryginalność, a zatraca się w lekkich kompozycjach. Oceniając jedynie reedycję jestem skłonny przyznać, że to jedno z większych rozczarowań tego roku, nie ujmując mu przebojowości i pozytywnej energii. Podstawową wersję płyty uważam za majstersztyk i jest to jedna z najciekawszych płyt, jakie słyszałem. Reedycja szału nie zrobiła, choć sukces komercyjny z pewnością odniesie. Nie patrzmy jednak w przeszłość i przyszłość i jak głosił Horacy „carpe diem” – dzisiaj to Ellie Goulding ma swoje 5 minut…

Halcyon Days (sama EP-ka)
Halcyon Days (sama EP-ka)

Czytaj również