Eleanor Gray – K-R-Y-S-T-Y-N-A (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
238

Na naszym rodzimym rynku muzycznym pojawia się coraz więcej rockowych bandów, które całkiem dobrze zapowiadają się na przyszłość. Może ich debiutanckie płyty nie podbiły list przebojów, ale wiadomo, że w obecnych czasach z taką muzyką ciężko wybić się powyżej niszowego popu proponowanego przez radia. Pomimo wszystko walczą i ta walka całkiem nieźle im wychodzi. Jednym z takich zespołów jest wschowsko-poznańska grupa Eleanor Gray. Pod koniec października zeszłego roku ukazał się ich debiutancki album K-R-Y-S-T-Y-N-A. Wbrew temu jak banalnie brzmi nazwa krążka jest w nim coś więcej.

Płytę można podzielić tak naprawdę na dwie części. Jedna z nich należąca zdecydowanie do udanych, druga – wszystko byłoby w porządku może poza faktem, ze utwory zaczynają zlewać się w jedno. Gdzieś zabrakło różnorodności brzmienia i widocznych zmian tempa. Dlatego tak trudno przebrnąć przez środkową część płyty. Może gdyby Land of Koe zamiast kończyć album, znalazło się w jego środku łatwiej byłoby dobrnąć do tej miłej końcówki, jaką jest Born to Believe oraz Tic-Tac.

Jednak jest to tylko kwestia ułożenia tracklisty i na szczęście ktoś wymyślił taki przycisk jak „odtwarzanie losowe”. Album K-R-Y-S-T-Y-N-A rozpoczyna z początku tajemniczo i psychodelicznie brzmiąca gitara w utworze If You Wanna. Riff w refrenie przyjemnie rozpędza kompozycję i idealnie klei ją w całość. Zaraz potem pojawia się promujące krążek Walking on the Clouds, które rozpędza rollercoaster płyty na dobre. Rytmiczny, nośny refren w połączeniu z nieco silniejszą indie-rockową zwrotką tworzy jeden z lepszych utworów na tym longplayu. Jednak do utworów kierujących zespół Eleanor Gray na ciekawą i odchodzącą od codziennych brzmień ścieżkę jest I Need You. Bardzo dobrze brzmi tutaj wokal Alana Garsteckiego (szczególnie w zwrotkach). Dodatkowo krótkie, aczkolwiek treściwe gitary pod koniec refrenu nadaje temu utworowi wiele charakteru.

Show Me the Light rozpoczyna serię utworów, które powinny zmienić swoje miejsce na trackliście. Spośród nich najciekawiej, a przede wszystkim charyzmatycznie brzmi kompozycja Time Will Never Die. Może trochę przesadzę, ale moim zdaniem, szczególnie w zwrotkach pojawia się pewnego rodzaju „zagraniczne” brzmienie. I nie mówię tego w negatywnym znaczeniu, wręcz przeciwnie. Miło słyszeć, kiedy polskie młode bandy zaczynają brzmieć choć trochę podobnie do zagranicznego źródła tej muzyki.

Wiadomo, trochę do życzenia pozostawia również miks i produkcja całej płyty, ale jak na debiut nieznanemu dotąd nikomu zespołowi jest naprawdę dobrze! Poczekajmy na kolejną płytę i rozwój grupy jaką jest Eleanor Gray, a jestem pewna, że jeszcze pokażą nam niejedną intrygującą melodię.

Jako, że jestem zwolenniczką podziwiania artystów, poza płytą, w warunkach live, to od siebie dodam, że na scenie na pewno nie brakuje chłopakom energii, uroku i charyzmy.