Wszystko się zmienia? Nie tym razem – odrobinę zbyt bezpieczna odsłona dorosłego muzyka. Ed Sheeran – = (Equals), 2021 (recenzja)

Inne recenzje

Po ogłoszonej w sierpniu 2019 przerwie, zasłużonej, jakby nie było, po serii koncertów na największych stadionach świata, zapadła cisza. Brak newsów w social mediach, brak plotek, totalnie nic. Dlatego też, niezaprzeczalnym jest, że na powrót Eda czekało wielu. Prawdą jest, że rudowłosy Brytyjczyk posiada ogromną rzeszę fanów na całym świecie – fanów, którzy dorastali wraz z jego muzyką. Oni dojrzeli, on dobił trzydziestki, został mężem i ojcem – całkiem sporo zmian. Pytanie w takim razie, jak te zmiany wpłynęły na jego twórczość? Zaraz Wam opowiem…

Oprócz tej już wspomnianej rzeszy fanów, ma też spore grono antyfanów, którzy czasami tylko czekają na moment, w którym mogą zarzucić mu bycie chociażby zbyt popowym, zbyt powtarzalnym, zbyt melancholijnym czy jeszcze cokolwiek innego.  Ok, część z tych ludzi ma swoje racje, jednak dla fanów ten sam Ed od lat, to swego rodzaju bezpieczne miejsce i ta banalność to nic złego.

29 października kolejne „dziecko” Eda poszło w świat – najnowszy album, tytułowo zachowując matematyczną ciągłość poprzedników zyskał miano =” (czyt. Equals). Nakładem wytwórni Atlantic Records i Asylum, 14 utworów poleciało w eter rozgłośni radiowych, serwisów streamingowych etc.

Na wstępie zaznaczę, byłam w gronie tych dorastających z Edem, właściwie jest ode mnie starszy o dzień, co w jakiś sposób chyba sprawiało, że wydawało mi się, że wyjątkowo odnajduję się w jego muzyce. Jednak to nie oznacza, że podchodzę bezkrytycznie do jego twórczości. Etap zapętlania jego płyt raczej mam już dawno za sobą, ale lubię sprawdzić co tam nowego u niego, trochę z sentymentu, trochę z ciekawości. Do sedna…

Equals mnie zawiódł, jako album, tak sumarycznie. Pierwszy odsłuch, w dniu premiery, sprawił, że musiałam się mocno zastanowić w jakim kierunku chcę poprowadzić tę recenzję. Zawsze staram się kilkukrotnie przesłuchać krążek zanim wyrobię sobie opinię – tylko, że tutaj było mi ciężko skupić się na szukaniu „czegoś” w tej muzyce.

Ok, Ed jest teraz mężem, świeżo upieczonym ojcem – więc i tematyka jego piosenek się zmieniła. Pytanie czy przepis na super sprzedającą się muzykę dalej działa? Z jednej strony, Sheeran w utworze Tides śpiewa, że wszystko się zmieniło, ale on w jakimś sensie nadal jest tym samym Edem. Wiecie jak to jest, nie da się dogodzić wszystkim – jedni chcą żeby ich ulubiony artysta się rozwijał, inni zaś marudzą, gdzie jest muzyka w jego/jej/ich starym stylu. No nie da się i koniec.

Nagranie albumu to zapewne ciężka praca, nie podważam tego, jednak słuchając = odniosłam wrażenie, że słyszę wszystko, co słyszałam już kiedyś, tylko w trochę odświeżonych wersjach, z innym tekstem, ale jakieś takie jakby ktoś poszedł na łatwiznę. A może ja się mylę, może to skrupulatnie wykalkulowane, celowe działanie? Że to wszystko ma mieć właśnie taki efekt…

Zaczynając od wspomnianego wcześniej Tides, który mnie po prostu zaskoczył – chyba w głowie spodziewałam się bardziej spokojnego początku – mamy gitarę, mamy bębny, trochę jak Castle on the hill z poprzedniego krążka – jednak tym razem o tym jak życie się zmienia… Chociaż tekst ma swoje smaczki, tak zdecydowanie nie będzie nawet blisko moich ulubionych.

Drugie w kolejce Shivers, ostatni z singli, które ukazały się przed premierą krążka, trochę już osłuchany jest takim utworem stworzonym typowo pod rozgłośnie radiowe, jest po prostu spoko. Nóżka chodzi w rytm klaskania i to by było na tyle.

First Times, oho, nic zaskakującego, jest o różnych pierwszych razach w życiu. I z całą moją sympatią do Eda, ale znów, czuję, że gdzieś to już słyszałam. Za to Bad Habits, czyli pierwszy singiel zapowiadający nową erę był dla części ludzi zaskoczeniem – o ile to też taki radiowy kawałek, tak ma w sobie jednak coś bardziej hipnotyzującego niż Shivers. Z początku głosy po premierze były podzielone, jak z resztą w przypadku Shape of you z Divide – no bo jak to, nie ballada?! Mówiłam – nie dogodzisz.

Mamy też Overpass Graffiti, czyli kolejny singiel, ale jakoś tak ani mnie to nie grzeje, ani nie ziębi. Nie potrafię się zatrzymać przy nim na dłużej. Inaczej ma się sprawa z The Joker And The Queen, która jest jedyną piosenką, którą zapętliłam z tego albumu. Kocham obecność pianina, kocham delikatność melodii i autentyczność tekstu, w którym Ed przyznaje, że on, jak i każdy z nas, ma dwie strony. Mój ulubiony…

Dobijamy do połowy, a ja już nie pamiętam za bardzo co było na początku. Mam z tym albumem tak, że zlewa mi się trochę, jakby grał w tle i nie potrafił skupić mojej uwagi. Bo każdy kolejny kawałek po prostu jest. Jest spoko, ale bez szału. Dopóki nie docieram do Visiting hours – utworu, który rusza mnie podobnie jak The Joker And The Queen. Poświęcony zmarłemu przyjacielowi Eda, trafia gdzieś w zakątki serca, które bolą. Chwyta i zachwyca, chociaż na chwilę.

Następnie, już prawie u samego końca, trafiamy na balladę/kołysankę stworzoną dla córki Sheerana. Jest coś ujmującego w zachwycie rodziców nad ich dzieckiem, bo chociaż wiele ballad jest tutaj bardzo do siebie podobnych, tak w Sandman mamy fajny powiew świeżości i autentyczności.

Czy cieszę się, że dobijamy do mety? Odrobinę. Equals nie jest męczący, ale brakuje mu czegoś co zatrzymałoby słuchacza na dłużej. Krążek zamyka Be Right Now, przy którym aż musiałam sprawdzić, czy to nie jest jakiś remix – mam wrażenie, że ten bit nie jest czymś co naturalnie wpasowuje się w barwę głosu wykonawcy.

Musicie przygotować się na to, że przez najbliższe miesiące chcąc nie chcąc, będziecie trafiać w różnych miejscach na kawałki z tego albumu. Tylko, że dla jednych będzie to nadal męczarnia, dla innych totalnie bezemocjonalne doświadczenie, dla ostatnich zachwyt, bo to po prostu nadal Ed.

= ma raczej marne szanse zmienić postrzeganie całokształtu Brytyjczyka. Jest po prostu ogólnie przyjemnie, bez efektu wow.

Wydaje mi się, że Equals jest i będzie swego rodzaju podsumowaniem całej twórczości Sheerana, zbiorem bezpiecznych kawałków, które domykają klamrą matematyczną sagę w dziejach Eda. Czy to już koniec?

Wierzę, że Ed ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie do zaoferowania, ale póki co, zapętlę sobie kilka ulubionych utworów i poczekam na koncert w Warszawie, który odbędzie się z udziałem zespołu – to już nie będzie one man show.

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

Po ogłoszonej w sierpniu 2019 przerwie, zasłużonej, jakby nie było, po serii koncertów na największych stadionach świata, zapadła cisza. Brak newsów w social mediach, brak plotek, totalnie nic. Dlatego też, niezaprzeczalnym jest, że na powrót Eda czekało wielu. Prawdą jest, że rudowłosy Brytyjczyk posiada...Wszystko się zmienia? Nie tym razem - odrobinę zbyt bezpieczna odsłona dorosłego muzyka. Ed Sheeran - = (Equals), 2021 (recenzja)