Dire Straits symfonicznie w Krakowie. Relacja Maćka Wojszkuna

Jakże się cieszę, że trafiłem przypadkowo na informację o tym wydarzeniu. Dire Straits symfonicznie? To melanż niezmiernie intrygujący. Jak bowiem kameralne, subtelne, po prostu idealne w postaci korzennego rocka z aromatem country, jazzu i bluesa utwory połączyć odpowiednio z orkiestrowym rozmachem? Jak pogodzić te dwa światy? Czym prędzej popędziłem w poniedziałek do krakowskiego Centrum Kongresowego ICE, by na własne oczy zobaczyć – i przede wszystkim usłyszeć – tę śmiałą próbę.

Dire Straits Symfonicznie to wspólny projekt Krzysztofa Herdzina, który zaplanował aranżacje wszystkich utworów, oraz „dwóch połówek Marka Knopflera” – gitarzysty Marka Napiórkowskiego oraz wokalisty Kuby Badacha z zespołu Poluzjanci. Wraz z nimi stawiła się Orkiestra Kameralna l’Autunno, oraz Tomasz Kałwak na klawiszach, Paweł Dobrowolski na perkusji, Robert Kubiszyn (pochodzący z Krakowa, co podkreślił Kuba Badach) na gitarze basowej.

Bez zbędnego gadania, artyści zaczęli z grubej rury, od razu serwując największe przeboje Dire Straits Sultans of Swing Money for Nothing. Choć po pierwszych taktach byłem raczej nieprzyjemnie zaskoczony (P. Dobrowolski wybijał na perkusji nieco zbyt szybkie tempo jak na mój gust) – to już po chwili przekonałem się, że mariaż klasycznego rocka i orkiestry wypadł pomyślnie. Przemyślane aranżacje orkiestrowe doskonale dopełniły utwory Straitsów, ani trochę nie ujmując im magii.

Podczas Sultans of Swing miałem pewne zastrzeżenia do wokalu Kuby Badacha. Podczas niektórych utworów – m.in. podczas „Sułtanów” właśnie – wokalista nieco się gubił przy bardziej skomplikowanych angielskich słowach, jego akcent czasem też nieco psuł odbiór. Jednak w większości Kuba poradził sobie znakomicie – miejscami, np. w Money for Nothing, autentycznie brzmiał jak Mark Knopfler!

Muzycy zabrali nas w podróż przez największe hity Dire Straits i Marka Knopflera – po Money for Nothing nastąpiło Your Latest Trick (z przepięknym, w niczym nie ustępującym oryginałowi intro na trąbkach i flecie), potem jeden z moich ulubionych utworów – Romeo and Juliet w nieco eksperymentalnej aranżacji (czy jak to ujął Krzysztof Herdzin – „barokowej”), z absolutnie szaloną solówką Marka Napiórkowskiego. Następnie fantastyczne Brothers in Arms (te skrzypce w moim ulubionym fragmencie piosenki – słowach There’s so many different worlds… Nieziemskie), Sailing to Philadelphia z solowej płyty Knopflera, Ride Across The River z reggae’owym vibe’em (!)… Potem sekcja rytmiczna opuściła na chwilę salę, a Marek Napiórkowski i sekcja smyczkowa orkiestry uraczyła nas pięknym wykonaniem Local Hero. Następnie – już w komplecie – muzycy zagrali jeden z najbardziej niezwykłych utworów w dyskografii Dire Straits – mroczny Private Investigations, by na sam koniec zaatakować mocnym uderzeniem – jazzującą wersją Walk of Life.

Muzycy zostali nagrodzeni rzęsistymi oklaskami na stojąco, a na samo zakończenie, na bis, wykonali raz jeszcze Sultans of Swing… Ogółem – aranżacja i wykonanie utworów było pierwszorzędne, aż żal, że koncert nie trwał dłużej. Żałowałem, że muzycy nie pokusili się na zabawę z większą ilością utworów – moim cichym marzeniem (aczkolwiek wiem, że bardzo trudnym do zrealizowania) było usłyszenie monumentalnego Telegraph Road w wersji symfonicznej… A jeśli nie tego, to może chociaż Tunnel of Love? Albo Once Upon a Time in a West? Trochę szkoda, że panowie nie wzięli na warsztat żadnych utworów z albumów Communique On Every Street… 

OK, to tylko moje pobożne życzenia i malutkie zastrzeżenia. Panowie Herdzin, Napiórkowski, Badach, orkiestro, wszyscy muzycy związani z projektem – chylę czoła i dziękuję za wspaniały koncert. Wszyscy fani klasycznego rocka, którzy będą mieli okazję wybrać się na koncert projektu (2 grudnia w Poznaniu, 3 grudnia w Szczecinie) – polecam gorąco.

Czytaj również