Mistrzyni minimalizmu przemówiła po raz trzeci i już teraz można śmiało stwierdzić, że nie po raz ostatni. Przygoda zatytułowana Kind to meandrowanie między debiutanckim This Silence Kills z 2011 roku, a The Unknow wydanym trzy lata później. I choć wybrana droga jest de facto najłatwiejszą, nie znaczy to, że otarła się o banał. Baa! Ona z banałem stoi na bakier.
Synergia jest najważniejsza
Kiedy wchodziła na rynek muzyczny, można było śmiało stwierdzić, że Dillon jest zarówno dobrą instrumentalistką, jak i producentką. Drugi album wywrócił jednak tę hierarchię do góry nogami: więcej syntetyków, mniej instrumentów. Dlatego zupełnie nie dziwi fakt, że Kind jest połączeniem dwóch poprzednich wydawnictw i że to własnie na tej płycie nastąpił balans tych dwóch składowych. Nasuwa się jednak pytanie: czy to dobrze, czy źle?
Tu kwestia jest naprawdę indywidualna. Mnie zdecydowanie bardziej porwał debiut i to właśnie w takim stylu lubię Dillon najbardziej, ale nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś sądził zupełnie na odwrót. Dlatego ta równowaga jest bodaj najlepszym rozwiązaniem w aktualnej sytuacji artystki, gdzie wciąż ugruntowuje ona swą pozycję. Szukasz czegoś elektronicznego? Proszę bardzo! Wolisz bardziej instrumentalne rzeczy? Tu również znajdziesz coś dla siebie.
Kind to dziesięć utworów skomponowanych w stosunkowo krótką, bo trwającą nieco ponad pół godziny całość. To, co charakterystyczne w stylu Dillon, to minimalizm formy i treści, spora ilość niedopowiedzeń i możliwości interpretacji, i to nie zmienia się na przestrzeni lat. Każdy z kolejnych utworów na najnowszym krążku jest w ten czy inny sposób ograniczony, a przejawia się to wąskim instrumentarium, delikatnym tylko bitem lub lirycznym ubóstwem. Nie jest to jednak oznaką braku talentu czy pomysłów na poszczególne kompozycje. Tych na pewno nie można odmówić.
Głównym nurtem, w którym płynie Kind, jest okrojona szata rytmiczna. Mało jest na nim stuków, puków czy trzasków, bas również jest skąpy i pojawia się raczej jako niedzielny gość aniżeli stały bywalec. Dlatego też w ostrej kontrze do takiego podejścia stoi utwór Killing Time, gdzie głęboki bas i wyraziste bębny przeszywają człowieka od stóp do głów. Mimo to jest to moja ulubiona piosenka z krążka, może właśnie przez to wyłamanie od „schematu”, a może także dzięki dosadnej szacie lirycznej.
Cała reszta jest natomiast już bardziej stonowana, downtempowa, nostalgiczna. Sporo tam wątków miłosnych, opartych nie tylko na relacji partnerskiej, ale również między córką a matką. Wszak po raz pierwszy słyszymy Dillon śpiewającą w ojczystym języku, czyli po portugalsku (wokalistka pochodzi z Brazylii). Dzieje się to w utworze Te Procuro, będącym tęsknotą pisaną muzyką, a autorem melodii jest jej mama, na stałe mieszkająca w Sao Paulo.
Innym równie ciekawym momentem na Kind jest piosenka Present, nagrana na zasadzie wiadomości w automatycznej sekretarce, gdzie słychać wyłączeni zabawę głosem, bez żadnej melodii pochodzącej z zewnątrz. Akompaniamentem jest jedynie lekko zarysowany śpiew ptaków, co idzie w parze z romantyczną szatą liryczną.
W ogóle ciężko znaleźć mniej ciekawy moment na tej płycie. Całość jest naprawdę różnorodną mieszanką, mimo że minimalizm jest głównym przymiotnikiem opisującym krążek. Mi osobiście najmniej do gustu przypadł singlowy kawałek Shades Fade, a to przez częste powtarzanie tytułowej frazy w przeciągu całego utworu. Niemniej nie dyskredytuje on całości na tyle, żeby nie sięgnąć po nią z szerokim uśmiechem na ustach.

