Dave Gahan & Soulsavers – Angels & Ghosts (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Davida Gahana znacie lepiej jako główny filar kultowej synthpopowej formacji Depeche Mode. Od 35-ciu lat nie schodzi ze sceny, ciesząc się niegasnącym zainteresowaniem i szacunkiem. Mocna osobowość, jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów na całym świecie a przede wszystkim niewyczerpane źródło pomysłów. 23-ego października pojawił się drugi album Davida Gahana i formacji SoulsaversAngels & Ghosts. Zapraszam do lektury.

Krążek otwiera niespieszna, kołysząca kompozycja Shine. Utwór zasadza się na dość ospałej linii gitary, którą dodatkowo spowalnia wokal. Dzięki temu, że część gitarowa rozpoczyna się nieco wcześniej, niż sekcja wokalna mimo utrzymania tego samego tempa mamy wrażenie, że utwór jest jakby przesunięty w czasie, rozmyty. To wrażenie potęguje fakt, że linia melodyczna rozpoczyna się dość nisko na pięciolinii ale wraz z rozwojem zwrotek wzbija się coraz wyżej, jednocześnie tracąc na rytmie i częstotliwości artykulacji. You Own Me utrzymuje dynamikę swojej poprzedniczki. Jest ospale, niewyraźnie i z mocnym akcentem na ostatnie nuty każdej z poszczególnych całostek kompozycyjnych. I oczywiście z przydymionym, niskim, ale donośnym wokalem. Podobnie rzecz się ma z Tempted i The Last Time.

Singlowe All Of This And Nothing dla odmiany rozpoczyna się od dynamicznego, jednostajnego rytmu wyznaczanego głównie przez gitarę i wspieranego perkusją. Wraz z rozwojem kompozycji w czasie, wzrasta również mnogość dźwięku. Nie spodziewajcie się jednak radosnych, szybkich przygrywek. Mimo dynamicznego charakteru utworu, wszystko jest trzymane w mocnych molowych ryzach. Nie inaczej sprawa wygląda w refrenach. Co prawda głos lawiruje wśród wysokich tonów i pociąga za sobą instrumentarium ale oczywiście tylko po to, by w drugiej części refrenu ponownie opaść. Bardzo rozmarzony numer. Warto rzucić okiem na teledysk – wydaje się być idelanym odbiciem rozmytej, ulotnej stylistyki przeświecającej przez utwór.

One Thing z kolei bazuje na melancholijnej sekcji smyczkowo-klawiszowej. Leniwemu rytmowi instrumentów odpowiada równie rozmarzony i niespieszny głos, który dzięki obejmowaniu kilku tonów pojedynczą artykulacja wydaje się rozlewać nad taktami, obmywać je sobą tak jak morskie fale zalewają piasek. Jest spokojnie, jednostajnie i kojąco. Z nutką słodkiej melancholii.

Don’t Cry to jeszcze inna historia. W opozycji do poprzednich kawałków, tutaj od pierwszych dźwięków dostajemy mocny, zdecydowany i bardzo wyraźny głos. Dopiero potem dostrzegamy cała resztę, czyli ospałe, płożące się nisko gitary i niemal niezauważalną, pełniącą raczej rolę ulotnego dodatku do utworu, niż maszyny rytmizującej perkusję. Bardzo tutaj blisko do Rebel Yell Billy’ego Idola – szczególnie w zwrotkach. W podobnym tonie zostało zrealizowane Lately. Sennie, subtelnie, kołysankowo.

Zamykająca krążek kompozycja My Sun to doskonałe podsumowanie całego  wydawnictwa. Siłowanie się głosu, próbującego wznieść się na wysokorejestrowe wyżyny z posępnymi instrumentami. Wiecie z jakim rezultatem.. Na tym krążku nic nie jest w stanie w pełni wzlecieć. Jeśli się unosi, to tylko po to, by opaść (lub zostać przywołanym do porządku przez pozostałe składowe utworu), a jeśli się rozwija – tylko dlatego, że zaraz ma zostać podcięte. Lirycznie, listopadowo i z wdziękiem. I jakoś dziwnie blisko do U2..

Angels & Ghosts to na pewno nie jest album łatwy. Jeśli macie słabość do refleksyjnej, zmuszającej do zatrzymania się stylistyki, gdzie wszystko wydaje się lawirować w powietrzu ale nigdy nie wybrzmiewa w pełni – to jest płyta właśnie dla was. Odradzam natomiast tym, którzy są żądni mocnego beatu i dynamiki. Nie tutaj, moi drodzy, nie tutaj! Jeśli chodzi o mnie – jestem całkowicie oczarowana!

Czytaj również