Daft Punk – Random Access Memories (2013), recenzja Anny Polcyn

Kiedy usłyszałam po raz pierwszy w radiu Get Lucky, pomyślałam fajny kawałek, ale kto to gra? Jakież było moje zaskoczenie, gdy po ponownym przesłuchaniu dotarło do mnie – przecież to Daft Punk. Odejście od czystej elektroniki przejście w disco, lata 70. Zapraszam w podróż po 13 utworach nowej, czwartej studyjnej płyty Random Access Memories.

Elektroniczne zamieszanie

Wielkie zamieszanie wokół RAM to kwestia promocji, wybitności płyty, a może katastrofy? Jedni cieszą się z powrotu francuskiego duetu, inni twierdzą, że jest słaby i ulotny, że to już nie to samo, co kiedyś. Michał Margański stwierdził nawet, że okładka płyty jest zapożyczeniem i nawiązaniem do płyty „Mandre” wydanej w roku 1977 przez Motown. Jedno jednak pozostało niezmienne, zniekształcony wokal pojawiający się w prawie wszystkich utworach.

Zamiast samplować stare płyty Chic, zaprosili do współpracy gitarzystę rzeczonego zespołu – Nile’a Rodgersa czy Giorgio Morodera, by ten opowiedział o swoim pomyśle na muzykę taneczną. Daft Punk nie zapomniał także o młodym pokoleniu muzyków z pogranicza indie rockowego jak Julian Casablancas i Panda Bear czy gwiazda hip-hopu – Pharrell Williams. Wiele osób spodziewa się pewnie po tej recenzji samych pochlebstw, rozczaruje was, w większości kawałki są dla mnie monotonne, letnie i bez polotu, ot takie do posłuchania jak nie mam akurat nic do roboty.

Give Life Back to Music otwarte zostaje rockowymi dźwiękami gitary i przechodzi w dyskotekowy bit. Już wiem, że to Daft Punk, na razie jest poprawnie, dalej. The Game of Love – smutne roboty śpiewające when you decided to walk away, melancholijna piosenka, ale z fotela nie spadłam czekam dalej na hit. Giorgio By Moroder przenosi nas do epokowej wycieczki, głównym wątkiem tego utworu jest monolog wspomnianego włoskiego producenta. Usłyszymy tutaj historię np. gdy spał w swoim samochodzie, bo był tak zmęczony po pracy w nightclubie, iż nie miał siły jechać do domu. Opowieść ta została nagrana na kilka mikrofonów – każdy mikrofon pochodził z epoki, o której akurat opowiadał Giorgio. Znalazło się tu także miejsce dla klawiszy, smyczków czy gitary, w końcu to najdłuższy kawałek albumu – niecałe 10 minut. Utwór czwarty – Within, kusi pianinem, zaczynam czuć ekscytację. I znów uszy zostają 'uraczone’ porcją jak ja to nazywam smutnego robota: There’s so many things I don’t understand. Jest kilka rzeczy, których nie rozumiem – to jest piosenka DP? Gdyby nie charakterystyczny, androidowy głos, nigdy przenigdy nie posądziłabym francuskiego duetu o skomponowanie tego.  Instant Crash – to też nie to, jest to kolejna jak najbardziej poprawna piosenka, ale poprawna to trochę za mało. Lose Yourself to Dance to drugi z kolei singiel. Gitarowe dźwięki wprowadzają do utworu energię, głos Pharrella jest dość miłą odmianą od smutnych robotów. W pewnym momencie pojawiają się androidyczne głosy powtarzające: C’mon! Ja jeszcze nie znalazłam hitu, ale jest coraz lepiej, a wy zatraciliście się w tańcu?

https://www.youtube.com/watch?v=dQMPU9Rk0Vs

Touch – współpraca z orkiestrą to zawsze dobry pomysł, stopniowanie napięcia i Paul Williams. Odniosłam przez chwilę wrażenie, iż znajduję się na musicalu i nagle z musicalu zostałam wrzucona do dyskoteki, ale na zapleczu dyskoteki wciąż słychać orkiestrę – świetne połączenie. Jeden z lepszych kawałków. I doszliśmy do Get Lucky – pierwszego singla śpiewanego z Pharrellem, znanego chyba wszystkim, radio przeżuło ten utwór i wypluło, przez to są momenty, iż nie mogę już słuchać She’s up all night for good fun I’m up all night to get lucky, a z drugiej strony nie mogę się oprzeć chęci śpiewania tego. Podsumowując chyba słusznie stał się hitem tej wiosny.

Beyond – można by rzecz welcome to Disney. Trzeba jednak oddać, że jest to jedna z lepszych piosenek nowego albumu. Motherboard – ponownie filmowo, aż dziwne, że chłopakom nudno robiło się soundtrack do filmu Tron: legacy. Fragments of Time witamy z powrotem na dyskotece. Łagodny wokal Todda, kolejna piosenka zadowalająca uszy, może jednak nie jest najgorzej z tym albumem jak myślałam na początku? Doin’ It Right – każdy usłyszy tu Daft Punk. Panda Bear śpiewa tu swoim charakterystycznym ‘blokującym’ głosem niczym w Animal Collective. Contact – ostatnia misja Apollo, mieszanka wszystkiego, eksperyment, poczułam się jak na muzycznym jarmarku – harmider, który ma się ochotę poukładać z drugiej zaś strony czeka się, co będzie dalej. Trzeba podkreślić, że to jedyny utwór na krążku, w którym wykorzystany jest sampl.

Trudno mi powiedzieć czy to rozczarowanie siedzi we mnie? Może ta genialna promocja wokół płyty po prostu ją przerosła, oczekiwałam diamentu, niestety go nie dostałam. Ale jestem równocześnie wdzięczna francuskiemu duetowi za koleją płytę po tak długiej przerwie.

Czytaj również