Czysta kropla w oceanie hałasu. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Dosłownie kilka chwil temu skończyłem porządkować swoją kolekcję płyt. Robiąc to, natrafiłem na album wokalisty, który jest dla mnie symbolem wszystkiego, co najtragiczniejsze w muzyce. Posiadał on niesamowity talent. Głos silnie trafiający w zmysły. Słuchając go, niemal zawsze mam gęsią skórkę na ciele. Nagrał właściwie tylko jeden studyjny album, będący w tym momencie wydawnictwem kultowym. Światu znany jest z najwspanialszej interpretacji utworu Hallelujah. Zginął, mając zaledwie 31 lat. Nazywał się Jeff Buckley.

Urodził się 17 października 1966 roku w Anaheim w Kalifornii jako jedyny syn Mary Guibert i Tima Buckleya – sławnego w latach 60. i 70. folkowego muzyka. Rodzice Jeffa nigdy nie stworzyli razem normalnej rodziny – hulaszczy i hedonistyczny tryb życia Tima na to nie pozwalał. Właściwie go nie znałem. Pierwszy raz spotkaliśmy się, gdy miałem 8 lat. Przyjechaliśmy z wizytą, ale on pracował w swoim pokoju, więc nawet nie udało nam się porozmawiać – powiedział kiedyś artysta w wywiadzie dla „The New York Times”. Relacje ojca z synem nigdy nie uległy poprawie. Tim Buckley zmarł po przedawkowaniu heroiny w czerwcu 1975 roku, mając jedynie 28 lat. Śmierć Buckleyów w młodym wieku była chyba zapisana w ich genach. Tak samo, jak talent i zamiłowanie do muzyki.

Jeff od najmłodszych lat interesował się tą dziedziną sztuki. Jako pięciolatek zaczął uczyć się gry na gitarze. Gdy stał się nastolatkiem, pokochał twórczość gigantów rocka: Pink Floyd, The Who, czy Led Zeppelin. Po ukończeniu szkoły średniej przeprowadził się do Hollywood, aby rozpocząć roczny kurs w kalifornijskim college’u dla młodych muzyków – Musicians Institute. Jednak efekty nauczania nie usatysfakcjonowały przyszłej gwiazdy. Chciałem stać się lepszym muzykiem, a nauka w tej szkole okazała się tylko stratą czasu – wspominał w wywiadzie dla „The Rolling Stone”.

Marzenia o wielkiej karierze muzycznej, w tamtym momencie, należało odłożyć na dalszy plan. Jeff, aby mieć za co żyć, rozpoczął pracę w jednym z miejscowych hoteli. Lecz nie zapominał o swojej życiowej pasji. Udzielał się hobbystycznie w przeróżnych kapelach, grających muzykę od jazzu po heavy metal.

Ważnym momentem w jego muzycznym życiorysie było spotkanie w Los Angeles Herba Cohena – byłego menadżera jego taty, który zaoferował mu nagranie i zrealizowanie taśmy demo. Owocem tej krótkiej współpracy było wydawnictwo Babylon Dungeon Sessions. Jeff i Herb wierzyli, że materiał zainteresuje którąś z wytwórni muzycznych, jednak tak się wtedy nie stało.

Prawdopodobnie Jeff Buckley nigdy nie osiągnąłby artystycznego sukcesu, gdyby nie jego udział w nowojorskim koncercie Greetings from Tim Buckley, będącym wydarzeniem ku czci jego taty. Obecność Jeffa od razu wzbudziła zainteresowanie dziennikarzy, którzy zarzucili mu chęć wybicia się na nazwisku i popularności zmarłego ojca. Chciałbym znacząco podkreślić, że mój udział w tym przedsięwzięciu nie ma nic wspólnego z chęcią zdobycia rozgłosu. Zdecydowałem się na ten krok wyłącznie z pobudek osobistych. Występ na tym koncercie był moim osobistym hołdem dla ojca – komentował. Jakie były jego prawdziwe intencje? Ciężko stwierdzić. Pewne jest natomiast to, że od tamtego show Jeff zaczął regularnie występować w nowojorskich klubach, a jego ulubionym lokalem stała się irlandzka knajpa Sin-é, gdzie uwielbiał grać na pożyczonym, białym Fenderze Telecasterze, niekiedy dla garstki osób. Właścicielka klubu wspominała, że Buckley po swoich koncertach nie raz pomagał jej w zmywaniu naczyń i sprzątaniu po gościach. Restauracja działa do dnia dzisiejszego i jest miejscem świętym dla fanów Jeffa z całego świata.

Te nowojorskie występy początkującego muzyka przykuły uwagę wytwórni muzycznych. Ich przedstawicieli zdumiewała niesamowita ekspresja oraz niepodrabialna barwa głosu Jeffa. Chłopak, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej grał do przysłowiowego kotleta dla kilku pijących ciemnego Guinessa pijaczków, stał się gorącym towarem na Amerykańskim rynku muzycznym. Na tyle gorącym, by wytwórnia Columbia Records zaproponowała mu kontrakt opiewający na sumę jednego miliona dolarów. Oferta okazała się nie do odrzucenia.

W połowie 1993 roku Jeff rozpoczął pracę nad swoim debiutanckim, a jak pokazała historia, jedynym albumem studyjnym, zatytułowanym Grace. Jego producentem został Andy Wallace, mający w swoim CV wpisaną współpracę z Nirvaną przy tworzeniu jej kultowego Nevermind.

Premiera krążka miała miejsce 23 sierpnia 1994 roku, niecałe sześć miesięcy po samobójczej śmierci Kurta Cobaina. Choć płyta na początku nie sprzedawała się za dobrze, po kilku miesiącach zaczęła wspinać się na listach sprzedaży. Wydawnictwo było pełne niepokoju i niepewności. Nie znalazł się na nim chociażby jeden radosny, pozytywny dźwięk. Odzwierciedlało ono osobowość Jeffa. Część z dziennikarzy, w związku z jego lekko depresyjnym i bardzo tajemniczym charakterem, widziała w nim swoistego następcę lidera Nirvany na muzycznym rynku. Recenzje płyty były najczęściej bardzo pozytywne, ale największą radością dla autora był fakt, że ciepło o Grace wypowiedzieli się jego najwięksi idole: Jimmy Page i Robert Plant z Led Zeppelin, a także Bob Dylan i David Bowie.

Na Grace znalazło się mnóstwo przepięknych kompozycji, jednak zdecydowaną furorę zrobił cover utworu Hallelujah. Ilość emocji, bólu, ekspresji i zaangażowania wokalnego Jeffa, po prostu powala na kolana. Wbija w fotel.

Kolejne trzy lata Buckley spędził na intensywnym koncertowaniu po Stanach, Europie i Azji. Gdy trasa się zakończyła, od razu zaczął tworzyć materiał na swoją drugą płytę, która miała nazywać się My Sweetheart the Drunk. Prace nad nią nie należały do najprostszych i były zupełnym przeciwieństwem tych z czasów tworzenia debiutu. Zmienił się producent, a nagrywane kompozycje było wielokrotnie poprawiane i realizowane od początku. Mimo to, efekt finalny zupełnie nie odpowiadał Jeffowi. Pokłosiem tego było zwolnienia producenta Tom Verlaine’a i ponowne zatrudnienie Andy’ego Wallace’a. Żeby dać wszystkim chwilę odpoczynku, Jeff odesłał na jakiś czas swoich muzyków do Nowego Jorku, a sam pozostał w Memphis, by spokojnie i po cichu dopracowywać nowe utwory.

29 maja 1997 roku był bardzo słonecznym dniem. Żeby ostudzić gorącą atmosferę związaną z tworzeniem następcy debiutu, Jeff wraz z resztą jego zespołowego składu, który powrócił tego dnia z Nowego Jorku, poszedł ochłodzić się w przepływającej przez miasto rzece Wolf. Buckley ubrany w dżinsy i podkoszulek oraz z założonymi butami, udał się w stronę wody. Kilkadziesiąt metrów obok niego stał Keith Foti – jeden z członków ekipy Jeffa, który w późniejszych rozmowach mówił, że Buckley nucił sobie w tamtym momencie refren utworu Whole Lotta Love swoich ulubionych Led Zeppelin. Gdy na chwilę odwrócił wzrok, Jeffa już nie było. Przepadł jak kamień w wodę. Keith szybko podbiegł do brzegu, by próbować go ratować, lecz prąd rzeki porwał Buckleya. Wskoczył do wody bez żadnego krzyku – puentuje Foti.

https://www.youtube.com/watch?v=Mln0RciE2o0

Ciało muzyka zostało odnalezione sześć dni później przez jednego z turystów, podróżującego łodzią po rzece. Autopsja wykazała, że w momencie śmierci Jeff był zupełnie trzeźwy. Nie wykryto też w jego organizmie żadnych środków odurzających.

Wieść o śmierci Jeffa Buckleya była dla wielu kompletnym zaskoczeniem, ale też jakby potwierdzeniem tego, że był odpowiednim następcą Kurta Cobaina. Niemalże powielił jego żywot. Był to też ogromny szok dla świata muzyki, bo w przeciągu zaledwie 3 lat, jego grono opuściła kolejna wielce utalentowana osoba.

Śmierc Jeffa Buckleya nadal budzi wiele kontrowersji. Po dzień dzisiejszy nie wiadomo, czy była ona samobójcza, czy też Jeff uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Wydawać się może, że wszystko na ten temat przekazała mama artysty na oficjalnej stronie Internetowej syna. Pisała ona, że śmierć Jeffa Buckleya nie była „tajemnicza”, powiązana z narkotykami, alkoholem lub próbą samobójczą. Posiadamy raporty policji i lekarza sądowego, z których wynika, że Jeff zmarł w wyniku przypadkowego utonięcia. Lecz zupełnie inne światło na całą sprawę rzuca cytat z ostatniego wywiadu przeprowadzonego z Buckleyem. Mówił on wtedy: Nakręca mnie miłość, złość, depresja, radość, marzenia i Led Zeppelin. Myślę, że chciałbym roztrzaskać się o skały, spłonąć…

Wielu twierdzi, że śmierć dodała Jeffowi legendy. Trudno się z tym faktem nie zgodzić. Też uważam, że taka wczesna śmierć kultywuję zmarłą osobę. Dołączył on do Janis Joplin, Jimiego Hendrixa, Brinana Jonesa, czy też właśnie lidera Nirvany, którzy odeszli z tego świata zdecydowanie za wcześnie. Lecz nie mogę napisać, że jego legenda wzięła się z niczego. Jeff był jednym z najbardziej utalentowanych wokalistów, jakich w życiu usłyszałem. Gdy pisząc ten tekst słucham płytę Grace, jego głos przeszywa moją duszę.  Wprowadza mnie w lekko psychodeliczny stan. Jest po prostu magiczny. Chyba najpiękniej Jeffa Buckleya podsumował kiedyś w jednym z wywiadów lider U2Bono: Był czystą kroplą w oceanie hałasu.

PS. Z Jeffem Buckleyem przyjaźniła się brytyjska formacja Manic Street Preachers. W 1995 roku jej gitarzysta Richey Edwards wymeldował się z jednego z londyńskich hoteli i… przepadł. Do dziś nie odnaleziono jego ciała, a w 2008 roku muzyka, w świetle prawa, uznano za zmarłego. Jego tragiczną historię opiszę w swoim felietonie za dwa tygodnie.

Czytaj również