„Tańczmy do utraty sił!”, czyli Cuba de Zoo w Gdańsku. Relacja Michała Szuma

Cuba de Zoo, czyli zespół pochodzący z mojej rodzinnej Ostródy, w miniony czwartek gościł na scenie Wydziału Remontowego. Wzmianka o korzeniach trio jest o tyle istotna, że w praktyce oznacza ona szczególny sentyment co do chłopaków. Na szczęście moje oczekiwania zostały spełnione w 100%.

Ale zacznijmy od początku. Występ miał się rozpocząć o 20:00, ale od razu wiedziałem, że jest to czysto orientacyjna godzina, gdyż jak wiadomo obsuwa jest domeną 90% koncertów. Tym bardziej tak kameralnych, gdyż w punkcie kulminacyjnym na sali było kilkadziesiąt osób. Zatem niezrażony startem o 21., ruszyłem pod scenę. Zaczęło się dość spokojnie, można nawet rzec leniwie, ponieważ cały set otwierała piosenka Dom, jednak z każdym kolejnym numerem chłopacy nabierali tempa. Już przy Truciźnie zaczęło się szaleństwo i swawole. Na uwagę zasługiwał zwłaszcza jeden pan, który przetańczył pod sceną niemalże cały występ. Jak się później okazało, ów pan zawitał na rockowy koncert po dziesięcioletnie absencji spowodowanej wychowaniem córki. Szacun!

Do wyżej wspomnianego pana momentami dołączało paru chłopaków, co tworzyło swego rodzaju pogo pod samą sceną. Do prawdziwej sieczki doszło podczas jednego z numerów z najnowszej płyty, kiedy to zwycięzca nieoficjalnego konkursu na najlepszego punkowca w klubie rozpoczął taniec. Chłopaki na scenie wylewali siódme poty, aby nadążyć za szaleńczym tempem piosenki, a pogowicze bawili się w najlepsze. Piękny widok!

W trakcie koncertu pojawiło się także parę nieprzewidzianych sytuacji, które to na stałe wpisały się w obowiązkowy punkt programu występów Cuba de Zoo. Przede wszystkim warto wspomnieć o talerzu, który niestety był w otwartym związku z resztą perkusji i w pewnym momencie zwyczajnie ją zostawił na rzecz podłogi. Podobnie rzecz miała się z mikrofonem, który bardzo chciał opuścić gary, jednak w tym przypadku sztuka ta udała się połowicznie, bowiem chwilę po odczepieniu został on postawiony do pionu przy użyciu taśmy. Sprytnie!

Podsumowując setlistę mogę stwierdzić, że każdy mógł w niej znaleźć coś dla siebie. Fanów Rozkazu zadowolić bowiem mogły takie piosenki jak Grób, Sztorm czy Płoń (którego to koncertowa aranżacja szczególnie przypadło do gustu Julii, którą z tego miejsca pozdrawiam). Miłośnikom Trucizny natomiast z pewnością miło było podczas wspomnianych wyżej piosenek tj. Dom i tytułowej Trucizny. Pojawiły się także 3-4 kompozycje z najnowszego krążka kapeli, który ma się ukazać w niedalekiej przyszłości. Było przy czym poskakać, było przy czym się pobujać, były także mocno klimatyczne akcenty. Dla każdego coś dobrego!

PS. Oczywiście nie mogło zabraknąć takich klasyków jak Czarne Auto czy Tańcz. Wtedy publiczność bawiła się zdecydowanie najlepiej :)

Czytaj również