Nie ma co ukrywać, Coma, Hipertrofią, Zaprzepaszczonymi Siłami Wielkiej Armii Świętych Znaków oraz Pierwszym Wyjściem z Mroku, podniosła sobie wysoko poprzeczkę. Czy Czerwony Album podołał wyzwaniu?
Moim zdaniem, mimo wszelkich starań – nie bardzo. Po premierze pierwszego singla, Na pół, w Esce Rock, nie tylko ja, ale wielu innych fanów zespołu, miało mieszane uczucia. Pojawiły się komentarze, że niedługo Comę zaczną grać w radiach typu RMF FM albo Zet, że to komercja, że prawdziwa Coma już się skończyła. Później nastąpiła premiera płyty, a wraz z nią namnożyły się niepochlebne opinie na jej temat.
Z drugiej strony, należałoby zrozumieć muzyków zespołu, bo przecież nie mogą się zatrzymać, uwsteczniać, ani ciągle powtarzać tego samego. Tutaj postawiono na rozwój. Ale dlaczego aż tak drastyczny? Jeżeli ktoś zainwestuje w tę płytę z myślą, że po jej wysłuchaniu będzie bogatszy o doznania, jakich dostarczały poprzednie albumy, to pomyli się. Co nie znaczy, że Czerwony Album jest zbędnym wydatkiem. Płyta na pewno różni się od swoich poprzedniczek, zapewne za sprawą nowej wytwórni, czyli Mystic Production. Tekstowo – trochę inaczej (bardziej… przystępnie?), muzycznie – również. A jeśli już mowa o muzyce, to należy wspomnieć o basiście zespołu – Rafale Matuszaku, który odwalił kawał dobrej basowej roboty. Jego gitara jest bardzo wyrazista (zwłaszcza w kawałku Angela) i, bez wątpienia, najlepsza.
Po pierwszym przesłuchaniu płyty, ze wszystkich 12 utworów, podobała mi się tylko połowa jednego. Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, toteż po każdym kolejnym słuchaniu, podobało mi się coraz więcej. Uwagę na pewno zwraca Los cebula i krokodyle łzy – najlepsza piosenka z Czerwonego Albumu, zarówno pod względem tekstowym (mądre słowa), jak i muzycznym (narastające napięcie i ten punkt kulminacyjny). Warto też bardziej przystawić ucho do 0Rh+, najdłuższego kawałka na płycie (sama Coma mówiła kiedyś, że Czerwony Album, to ich najkrótsze wydanie w historii). Wcześniej jest jeszcze Deszczowa piosenka – energiczny utwór, dedykowany rodzinnemu mieście – Łodzi.
Coma na pewno się nie skończyła. Czerwony Album jest jej kolejnym krokiem i kto wie, czym muzycy jeszcze nas zaskoczą. Zawsze pozostaje ten niedosyt, że czegoś mogło być więcej, a czegoś mniej, i przecież MOGŁO BYĆ LEPIEJ, ale chyba taka właśnie jest muzyka – niepewna i zaskakująca. Jedno jest pewne – Roguckiego i spółki nie należy spisywać na straty, a cieszyć się, że panowie nie zatrzymali się, a wciąż idą dalej. A Czerwonego Albumu, mimo wszystko, da się słuchać. Uszy nie więdną – znam z autopsji!


