My mamy Open’era, a Czesi festiwal jeszcze większy, kuszący bogatszym i różnorodniejszym line upem, niesamowitą postindustrialną scenerią i wspaniałą, miłą atmosferą. Krótko mówiąc – Colours of Ostrava. Po raz pierwszy (i, miejmy nadzieję, nie ostatni) miałam okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Birdy
Pierwszym wyczekiwanym przeze mnie koncertem był ten brytyjskiej wokalistki Birdy, której karierę śledzę od premiery singla People Help the People. Młoda artystka ma już na koncie trzy krążki, na których proponuje nam dojrzałe, popowe melodie często utkane z dźwięków pianina, przy którym siada podczas swoich występów. W Ostrawie Birdy wykonała swoje najbardziej znane autorskie kompozycje (m.in. Words as Weapons, Wings, Wild Horses). Dodała do tego covery, które znamy z jej debiutu (m.in. przyjęte ogromnymi brawami Skinny Love) a także zaskoczyła niezbyt porywającą wersją Running Up That Hill z repertuaru Kate Bush. Chociaż Birdy sprawia wrażenie osoby nieśmiałej i ciągle zdziwionej swoim sukcesem oraz popularnością, sporo jej piosenek potrafi zachęcić publiczność do zabawy. Najlepszym tego przykładem było zostawione na sam koniec Keeping Your Head Up.
Imagine Dragons
Główną gwiazdą pierwszego dnia festiwalu była grupa Imagine Dragons. Wystąpienie Dana Reynoldsa i spółki w Ostrawie wcale nie było takie pewne, do czego już na początku występu przyznał się wokalista, informując o swoich problemach z głosem. Nie dało się nie słyszeć, że z wokalem artysty jest coś nie w porządku. Szczególnie na początku, który wypadł dość blado i nie zapowiadał dobrej zabawy. Przełamanie nastąpiło po coverze Forever Young, który zaangażował i zachęcił do wspólnych śpiewów znaczną część widowni. Potem poszło z górki, a występ do końca trzymał wysoki poziom. Chociaż Imagine Dragons dopiero co wydali album Evolve, kompozycje z tego krążka (m.in. I Don’t Know Why, rewelacyjne, okraszone krótką przemową Yesterday czy wyrastające na jeden z największych przebojów kapeli Believer) z łatwością wpisały się w koncertowy krajobraz i robiły nie mniejsze wrażenie niż doskonale znane Demons, On Top of the World czy zostawione na sam koniec, wybrzmiewające z całą mocą Radioactive. Zaskoczenia? Akustyczna wersja I Bet My Life. Wciąż pamiętam, jak numer ten skłaniał na ich łódzkim show do szalonej zabawy. Podoba mi się, że grupa nie przywiązuje się do jednego pomysłu. Świetnie wypadał także ich kontakt z publicznością. Jeden fan na długo zapamięta ten koncert – został zaproszony przez Dana na scenę i (przy dźwiękach Song 2 Blur) mógł poczuć się jak rock star, próbując m.in. crowd surfingu. Można nie lubić muzyki Imagine Dragons, ale trzeba przyznać, że znają się na swojej robocie i na koncertach dają z siebie wszystko. Chętnie zobaczyłabym ich po raz trzeci.
Nora Jones
Gdyby ktoś mnie zapytał, czemu wybrałam się na Colours of Ostrava, wskazałabym mu nazwisko Nory Jones na festiwalowym plakacie. Nie wierzyłam, że będę kiedykolwiek mieć okazję zobaczyć na żywo wokalistkę, która lata temu wprowadziła mnie w świat poważniejszej, ambitniejszej muzyki. Marzenia, jak widać, się spełniają. To było magiczne siedemdziesiąt minut ze świetną muzyką i cudownie brzmiącą Jones, posyłającą co jakiś czas piękny uśmiech w naszą stronę. Podoba mi się jej podejście do wyboru piosenek, które wykonane mają zostać na koncercie. O ile wiele grup czy solistów na festiwalach stara się grać swoje best of’y, tak Norah, obok oczywistych, uwielbianych przez fanów kompozycji pokroju Sunrise, Chasing Pirates, Sinkin’ Soon czy Don’t Know Why, zostawia miejsce na niesinglowe numery. Wiadomo, że zawsze będzie mi czegoś brakować (szczególnie w przypadku artystki, której tak wiele piosenek bardzo lubię), ale w Ostrawie miałam okazję usłyszeć z tej wielkiej puli kilka wyjątkowych nagrań. Pięknie więc wypadły balladowe Nightingale, All a Dream, nostalgiczne Don’t Be Denied i Stuck. Nie zabrakło także przebojowego Don’t Know What it Means z repertuaru Puss N Boots (jednego z pobocznych projektów Nory) oraz singli z wydanego pod koniec 2016 roku albumu Day Breaks – urokliwego Carry On i proponującego mocniejsze brzmienie Flipside.
Warhaus
Come away with me in the night śpiewała na zakończenie Norah, a ja już byłam w drodze na kolejny koncert. Na położonej niedaleko Full Moon Stage występował Warhaus – solowy projekt Maartena Devoldere’a z belgijskiej formacji Balthazar. W lutym miałam okazję widzieć go w Polsce i bardzo się ucieszyłam, kiedy potwierdzono jego obecność w Ostrawie. Zdążyłam na drugą połowę jego setu, szybko przesiąkając niezwykłą, nieco mroczną atmosferą jego występów. W festiwalowym przewodniku określono Maartena mianem czarnego konia festiwalu. Nie było w tym cienia przesady. Bez dwóch zdań – było o niebo (a nawet dwa) lepiej niż w Poznaniu. W Czechach artysta miał do dyspozycji znacznie większą scenę, co chętnie wykorzystywał, wskakując na co się da, rzucając statywem mikrofonowym a także przeskakując barierki i wchodząc w tłum, zapominając, że jego mikrofon jest na kabel o ograniczonej długości. Jego koncert był bardzo dynamiczny i teatralny. Dopiero podczas niego dostrzegłam te powtarzane od premiery „We Fucked a Flame Into Being” słowa o podobieństwie twórczości Warhaus do Leonarda Cohena i Toma Waitsa. Podobnie jak oni nie tyle śpiewa, co opowiada swoje historie. A tych wkrótce będzie jeszcze więcej, bo artysta już pracuje nad nowym materiałem. Koncerty w Polsce na pewno się trafią, więc zaufajcie mi na słowo i wypatrujcie ich w swojej okolicy. Warto. Bardzo.
Moderat
Podobnie jak występujący w czwartek wokalista Michael Kiwanuka, tak i niemiecka formacja Moderat gościła w Polsce na Open’erze. O ile jednak w Gdyni widziałam ich koncert w połowie, tak w Ostrawie znalazłam czas na całość. Ten łączący w swoich kompozycjach elektronikę, house, IDM i techno zespół po raz drugi mi udowodnił, że występy na żywo to jego specjalność. To był bardzo spójny koncert, na który złożyły się zarówno śpiewane momenty, jak i instrumentalne partie. W takich piosenkach jak Running, Rusty Nails, Reminder i odśpiewanego przy pomocy publiczności Bad Kingdom nie zabrakło nutki dramatyzmu. Całość idealnie dopełniały niesamowite, głównie białe animacje i wizualizacje. Nie tylko się dobrze tego słuchało, ale i oglądało.
Jamiroquai
Piątek mógłby ubiegać się o miano najbardziej roztańczonego dnia festiwalu gdyby nie sety zaplanowane na sobotę – dzień, w który pogoda nie dopisała, ale muzyka zrobiła swoje, odpowiednio rozgrzewając wszystkich chętnych poddania się jej urokowi. Ostatni dzień Colours of Ostrava miał jednego króla. Był nim Jay Kay z Jamiroquai – zespołu, który powrócił w tym roku z nową, pierwszą od 2010 roku płytą Automaton. Ich łączące elektronikę, funk, disco i acid jazz piosenki porwały tysiące festiwalowiczów do tańca. Zabrakło może wielkiego przeboju Virtual Insanity i mojej ulubionej nowości grupy (tytułowego „Automaton”), ale w zamian zaserwowano nam nie mniej imprezowe Space Cowboy, Cloud 9, Emergency on Planet Earth i Supersonic. Na taki koncert podczas Colours of Ostrava czekałam. Potrafię sobie wyobrazić Key’a w lepszej formie (i wokalnej, i ruchowej), ale mimo wszystko koncert Jamiroquai był dla mnie jednym z najmocniejszych punktów festiwalu. Dużo uśmiechu, dużo zabawy. Czego chcieć więcej?
https://www.youtube.com/watch?v=b-4DYWX22t8x
St. Paul & The Broken Bones
W piątek na łopatki rozłożył mnie amerykański zespół St. Paul & The Broken Bones, którego twórczość oscyluje wokół soulu i dźwięków amerykańskiego południa. Piosenki ośmioosobowej grupy są oldskulowe, niedzisiejsze. Można powiedzieć, że to taka męska odpowiedź na dowodzoną przez Brittany Howard formację Alabama Shakes. Zespół, który wystąpił w Ostrawie, stawia jednak na bardziej eleganckie melodie. Nie sposób przejść obojętnie obok Paula Janeway’a – wokalisty o aparycji księgowego lub bankowca, lecz obdarzonego takim głosem, że na usta ciśnie się tylko jedno „słowo”: wow. Ku uciesze licznej publiczności chętnie się nim chwalił. Aż chciałoby się zobaczyć St. Paul & The Broken Bones na jakimś kameralnym koncercie.
https://www.youtube.com/watch?v=WuFrJ7XIC7Ixx
Louis Berry
Duże sceny stworzone są zaś dla brytyjskiego wokalisty i gitarzysty Louisa Berry’ego – młodego chłopaka obdarzonego silnym, zachrypniętym głosem, którego kompozycje chętnie zerkają na rock & roll. Jego występ to jedno wielkie szaleństwo, za które odpowiedzialne są takie numery jak m.in. 45, Cowboy, Nicole i Restless. Chociaż Louis jest dopiero u progu muzycznej kariery, charakteryzuje się dużą pewnością siebie, sprawiając wrażenie osoby urodzonej na scenie. Nic więc dziwnego, że publiczność szybko go pokochała, nie pozwalając mu zejść ze sceny i głośno domagając się bisów. Jego festiwalowy koncert był setem szorstkim, agresywnym i pełnym energii.
Benjamin Clementine
Wyczekiwanym przeze mnie występem był ten brytyjskiego muzyka i poety Benjamina Clementine’a, którego wydany w 2015 roku debiutancki album At Least For Now uwielbiam i bardzo szanuję. Za moment do sprzedaży trafi jego następca (I Tell a Fly), którego promocję artysta zaczął kilka tygodni temu, wykonując na koncertach wiele premierowych nagrań. To właśnie nowości (m.in. By the Ports of Europe, Paris Cor Blimey oraz opublikowane jakiś czas temu single God Save the Jungle i Phantom of Aleppoville) zdominowały występ Clementine’a. Już teraz mogę powiedzieć, że na drugie wydawnictwo Benjamina warto czekać. To może być jedna z najlepszych płyt 2017 roku. Nie dało się jednak nie zauważyć, iż zgromadzona pod sceną widownia bardziej niż nowości wolała usłyszeć sprawdzone kompozycje artysty. O ile przez większą część występu wokalista budował niewidzialną barierę między nami a sobą i swym zespołem, tworząc coś na kształt teatralnego, muzycznego przedstawienia, tak przy Condolence i London obudziła się w nim dusza showmana i… nauczyciela. Podczas pierwszego utworu wziął sobie za cel nauczenie nas fragmentu tekstu. Przy drugim zafundował nam lekcję wf-u, sprawiając, że kilka tysięcy ludzi przez kilka minut wykonywała przysiady, będące częścią wymyślonej przez Brytyjczyka choreografii do piosenki. Trochę śmiechu, sporo refleksji – taka była ta godzina z muzyką Benjamina Clementine’a.

