Coldplay – Mylo Xyloto (2011), recenzja Zuzanny Janickiej

Wiosna to ponoć dobra pora by się zakochać. Ja wpadłam po uszy, kiedy posłuchałam Viva La Vida zespołu Coldplay. Zakochałam się w klimacie płyty, muzyce  i oczywiście głosie Chrisa Martina. Kwestią czasu było zabranie się za całą dyskografię zespołu. Wielokrotnie spotykałam się z opinią, że Viva la Vida to najbardziej nie-coldplay’owy  krążek chłopaków. Coś w tym jest. Więc jeśli fanom płyty Parachute, czy A Rush of Blood to the Head się nie spodobał, nie wydaje mi się, by Mylo Xyloto często było przez nich odtwarzane.

Piąte dzieło Coldplay wydanie zostało pod koniec 2011 roku. Szybko zdobyło ogromną popularność, znajdując na całym świecie ponad 8 milionów nabywców. W dzisiejszych czasach – rzecz wyjątkowa. Zespół wydał z niego aż sześć singli. W tym znane pewnie każdemu Paradise i Every Teardrop Is a Waterfall. Nie zapominajmy również o Princess of China, w którym gościnnie pojawia się Rihanna. Ale do tego jeszcze wrócę.

Zaintrygował mnie tytuł krążka – Mylo Xyloto. Co on oznacza? Według członków zespołu – zupełnie nic. Chris Martin wyjaśnia, że tytuł pasuje do nowej płyty, bo brzmi świeżo, nowocześnie, inaczej. Chcieli w ten sposób odzwierciedlić muzykę zawartą na najnowszym albumie.

Podobnie jak w przypadku albumu Viva la Vida płytę otwiera krótkie intro. Jego tytuł to Mylo Xyloto. Chociaż Life in Technicolor z czwartego krążka niezbyt mi się podobało (odstawało od innych utworów na płycie), tak Mylo Xyloto jest świetnym wstępem do tego, co zespół przygotował dla nas dalej. Płynnie przechodzi w Hurts Like Heaven. To energiczna, pozytywna kompozycja. I właśnie takie piosenki znajdziemy na Mylo Xyloto – radosne, optymistyczne. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że tak wesołego Coldplay jeszcze nie słyszeliśmy.

Wyjątkiem jest jednak Princess of China. Wiele osób pewnie zrobiło wielkie oczy, gdy dowiedziało się, z kim zespół ten numer nagrywa. Rihanna. Czy to musi brzmieć jak wyrok? Oczywiście, że nie. To Rihanna tutaj jest gościem, więc piosenka nie mogła być electropopowa i taneczna. Choć elektroniki trochę w niej jest. Utwór jest bardzo radiowy. I, jak już wspomniałam, niezbyt radosny, bo opowiada o smutnym rozstaniu. Chociaż na początku dziwiłam się, dlaczego zespół zaprosił właśnie Rihannę, po przesłuchaniu Princess of China nie wyobrażam sobie innej wokalistki na jej miejscu. Głosy Chrisa i Rihanny cudnie się dopełniają. Uważam, że Princess of China to mocna produkcja na najwyższym poziomie.

Cieszę się, że podobnie jak na Viva la Vida czy A Rush of Blood to the Head znalazłam na Mylo Xyloto kilka kawałków, do których będę często wracać. Jednym z nich jest Paradise. Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu nie zwracałam na ten numer większej uwagi. Teraz wręcz go uwielbiam. Piosenka utrzymana jest w rockowo-elektronicznej stylistyce, brzmi bardzo nowocześnie. Współczesność zmieszaną ze starszymi nagraniami Coldplay usłyszeć możemy w surowym, rockowym Major Minus. Uważam, że piosenka spokojnie może być wizytówką Coldplay. Bardzo podoba mi się gitarowe Charlie Brown. Od tej piosenki bije pozytywna energia. Zawsze, gdy jej słucham, uśmiecham się. Lubię szczególnie fragment, gdzie padają słowa:

All the boys, all the girls, all that matters in the world (PL: Wszyscy chłopcy, wszystkie dziewczyny, całe szaleństwo na świecie).

Na Mylo Xyloto znalazło się miejsce dla kilku ballad. Wszystkie robią piorunujące wrażenie. Pierwszą z nich jest akustyczne, ciche Us Against the World. Coldplay słusznie zrezygnowali z użycia wielu instrumentów. Piosenkę tworzy swoim urzekającym głosem Chris. Podobnie zresztą jak w spokojnym nagraniu U.F.O.. największym minusem tego utworu jest jego długość. Co to są dwie minuty? Pozostaje niedosyt. Na szczęście mamy jeszcze Up in Flames. Najlepiej skomentować można ją słowami: piękno tkwi w prostocie.

Czy piąty krążek zespołu ma jakieś minusy? Niestety. Elektroniczny singiel Every Teardrop Is a Waterfall nie podbił mojego serca tak, jak pozostałe utwory z Mylo Xyloto. Jest to zbyt elektroniczny numer. O ile początek przedstawia się nie najgorzej, im dłużej trwa piosenka, tym bardziej ma się jej dość.

Mylo Xyloto, choć zupełnie inna niż Parachutes czy Viva la Vida, to świetna płyta. Jej głównym atutem jest świeżość. Żaden z albumów Coldplay tak nie brzmiał. Podoba mi się to, że krążek jest radosny, optymistyczny. Zdecydowanie – dobra robota. Już nie mogę się doczekać kolejnej płyty chłopaków.

Coldplay - Mylo Xyloto (Slipcase Edition)

Czytaj również