No i po Grammy. 58. rozdanie tych nagród przebiegło raczej w sposób standardowy. Były barwne kreacje gwiazd, były jakieś kontrowersje, były przedziwne kolaboracje występujących na scenie gwiazd. Ale czegoś w tym roku moim zdaniem zabrakło. W przeciwieństwie do ostatnich lat zwycięzcy tych nagród rzeczywiście na nie zasłużyli. W większości przypadków.
Od razu śpieszę z wyjaśnieniami: nie znam wszystkich zwycięzców wszystkich kategorii. Z tego co się orientuję jest ich naprawdę mnóstwo. Dlatego ktoś może uznać, że statuetkę za Najlepsze Czeskie Wykonanie Piosenki Na Dwa Głosy Z Obowiązkowym Użyciem Fletu Poprzecznego, Trzech Tamburynów Oraz Trójkąta powinien otrzymać ktoś inny, niż zwycięzca, no ale cóż – takie sytuacje się zdarzają. Co do niemal całej reszty przypadków nie powinno się mówić o szczególnych zaskoczeniach. Album Roku dla Taylor Swift za 1989 można spokojnie przyjąć na klatę. Bruno Mars za piosenkę, czy tam nagranie roku (jak ktoś mi wytłumaczy czym różni się piosenka od nagrania, to wysyłam 2 złote na konto bankowe) nie szokuje. Muse za Rockowy Album też nie powinno nikogo dziwić. I w sumie mógłbym tak w sielankowy sposób wymieniać kolejne i kolejne kategorie, ale w tym momencie muszę to przerwać. Wśród nagrodzonych znalazła się jedna osoba, która nagrodę Grammy w swojej kolekcji powinna posiadać co najwyżej w wersji plastikowej z Happy Meala. Tą osobą jest oczywiście Pitbull.

Mówi się, że Grammy to muzyczny odpowiednik Oscarów. Cóż, rzeczywiście trudno na ten moment wskazać bardziej prestiżową nagrodę w tym środowisku. No może poza Eska Music Awards. Tak więc skoro w konotacjach do Grammy pojawiają się takie słowa jak „prestiż”, „szacunek”, „gloria” czy „chwała”, to przepraszam, ale jakim cudem taką nagrodę otrzymał Pitbull? Przecież on nie powinien dostać Grammy nawet w sytuacji, gdyby był nominowany w kategorii Łysy Roku. Naprawdę!
Wszyscy fani Pitbulla nie obrażajcie się, ale takie są fakty. Przyznanie Pitbullowi Grammy to tak, jakby Oscara dać komuś z obsady filmu Sharknado. Spójrzcie teraz na to – Pitbull po uzyskaniu statuetki dołącza do takich artystów jak Michael Jackson czy Beyonce. Ludzi, którzy są 10000 razy bardziej utalentowani od niego. Czy to nie jest dziwne? Jasne, że jest. Dlatego należy to piętnować.
Mawiają, że w życiu można być pewnym tylko dwóch rzeczy: śmierci i podatków. Ja bym trochę sparafrazował tę sentencję i brzmiałaby ona następująco: W życiu można być pewnym tylko trzech rzeczy – śmierci, podatków i tego, że na nowej płycie Pitbull nagra z kimś duet. Gość jest królem duetów. Kiedyś z kolegami śmialiśmy się, że Pitbull powinien zmienić swój pseudonim na Feat. Pasowałby do niego jak ulał.
W swoim ostatnim tekście trochę ponarzekałem na nagrody Grammy. I mimo, że szczerze mówiąc spodziewałem się większej ilości głupich decyzji Narodowej Akademii Sztuki I Techniki Rejestracji, to w tym roku komisja poszła nie w ilość, tylko jakość. Zamiast rozdrabniać się na kilka kategorii, to po prostu dowaliła w jednej.
Wydaje mi się, że głównym problemem Grammy jest fakt, że fani muzyki chcieliby żeby zwycięzcami okazywali się: a) artyści, których muzyka prezentuje wyszukany poziom i nie jest śpiewaniem o gołych tyłkach na dyskotece; albo b) wykonawcy, którzy prostymi piosenkami potrafią zdobyć popularność na całym świecie. Ja sam nie obstawałbym po żadnej ze stron. Chciałbym znaleźć tzw. „złoty środek”. Uważam, że na świecie jest tylu wykonawców, że ze wskazaniem zwycięzców pasujących do tego schematu nie byłoby żadnego problemu. Lecz jeśli widzę, że statuetkę Grammy otrzymuje facet, który nie zasłużył nawet na nagrodę Gramy, to proszę się nie dziwić, że coraz więcej osób traci do werdyktów akademii jakikolwiek szacunek. W tym wyżej podpisany.


