Kanadyjski wokalista Justin Bieber zaskoczył cały świat wydając niespodziewanie – 11 lipca 2025 roku – siódmy w swojej dyskografii muzyczny album o tytule Swag.
Pogłoski o najnowszej płycie pojawiały się od bardzo dawna, chyba od ponad roku. Pomieszane one były z przeróżnymi aferami, które on sam podsycał za sprawą swojego Instagrama. Portale plotkarskie – i nie tylko – karmiły się wręcz jego zachowaniem i przez paparazzi ludzkość myślała, że Bieber po prostu oszalał. Dochodziły do tego plotki o rzekomym kryzysie małżeńskim, jego nieumiejętne odnalezienie się w kolejnej nowej roli – ojca, a także finansowy spór z byłym już menadżerem. Swoją drogą, rozwiązanie ich umowy również było zaskakujące. Wszystko to sprawiło, iż społeczeństwo zapomniało o tym – że Justin jest po prostu człowiekiem. Tak jak każdy z nas.
Będąc jego fanką od piętnastu lat przywykłam do tego wszystkiego i nabrałam już lata temu dystansu. Jednak, wedle ciut oklepanego powiedzenia, miłość jest ślepa. Nie potrafię – tak o – odkochać się i przestać być Belieber. Nie potrafię i nie chcę. Dlatego wyobraźcie sobie jak ja zareagowałam na wieść o premierze siódmego wydawnictwa zatytułowanego Swag. Zgłupiałam – ale czekałam. No… nie do końca, bo spóźniłam się z odsłuchem o godzinę, ale dobre i to. Na początku nie planowałam pisać żadnej recenzji, albowiem zmęczyło mnie tak zwane dziennikarstwo pisane. Jednak pojawiły się dość nieprzyjemne zawirowania w moim życiu, a wiec musiałam się czymś zająć. Dlatego podjęłam ryzyko i zaczęłam pisać.
Z miłości, no. Z miłości. Jeśli więc czytacie tę recenzję, to znaczy, że się udało.
Spróbuję już przejść do konkretów. Justin Bieber nagrał kolejny krążek, na którym najbardziej słychać jego ulubiony gatunek muzyczny, czyli R&B. Niestety, ja akurat nie przepadam aż tak bardzo za tym połączeniem w jego przypadku. Ale nie zraziłam się. Tym bardziej, że słychać elementy trapu (!) i popu. Nie zabrakło duetów, a więc usłyszeć możemy takie gwiazdy, jak: Sexyy Red, Gunna i Cash Cobain. Jak ja zobaczyłam, iż Swag zawiera aż dwadzieścia jeden numerów w trackliście, to pierwsze co sobie pomyślałam – że mu chyba trochę odbiło. Ale ok, rozumiem – pewnie stęsknił się i w ogóle. Mało tego, Swag jest płytą wydaną niezależnie (głównie przez akcję ze Scooterem Braunem, który po uzyskaniu pieniędzy od Kanadyjczyka zaczął dawać komplementy na temat krążka tak słodkie, że aż sprawiały mdłości. ale za tę sytuacje [i wszystkie inne] mam przynajmniej pomysł na zatytułowanie tej mojej recenzji). Na całe szczęście – nie byłam nastrojona na nic i niczego nie oczekiwałam. Polecam, szczególnie u zagranicznych idoli, bo to niezwykle pomaga.
Zacznę od All I ca take. Na początku troszkę się zdziwiłam, ale gdy już ten jego autotune minął – to miałam lekkie skojarzenia z niektórymi utworami Michaela Jacksona. Nic dziwnego, w sumie, ponieważ jest to idol Justina. Dopiero w połowie numeru nóżka zaczęła mi tupać do rytmu. O wiele lepsze wrażenie na mnie kawałek zatytułowany Daisies. Już bez dziwacznych komputerowych eksperymentów – lekka, ładna melodia i jego prawdziwa barwa głosu. To jest naprawdę świetne.
Podobnie jest z Go baby, które sprawiło, że doszłam do jednych z pierwszych wniosków. Mianowicie – Swag jest o niebo lepszą płytą, niż Changes. Aczkolwiek nie przebiło Justice – według mnie, rzecz jasna.
Ogólnie, pomimo tych elementów trapu i popu oraz wyższości R&B, to Swag jest albumem niesamowicie spokojnym. Świadczą o tym linie melodyczne, takie jak Things you do i Butterflies. Ta druga propozycja bardziej mi siadła, być może dlatego, że nie trwa ona mniej niż dwie minuty. Cała płyta trwa prawie godzinę, ale przez ilość piosenek w trackliście – to niektóre są wyjątkowo (za)krótkie, a kolejne, wiadomo, dłuższe. Nawet ciekawy zabieg w wykonaniu Biebera.
Nie mogę się oprzeć piosence Dadz love. Czułam w kościach, że Justin nagra coś dla swojego syna Jacka. I nagrał. Warstwa tekstowa absolutnie nie jest wybitna, natomiast urocza i po prostu przepełniona miłością.
Therapy session z gościnnym udziałem Druskiego to mój ulubiony jakby przerywnik. Ja osobiście nie znoszę takiego czegoś na płytach, ale wiem, iż zdarzają się perełki. W tym przypadku to jest właśnie Therapy session i cieszę się, że artyści nagrali takie coś. Polecam wsłuchać się w ich dialog, zamiast ślepo patrzeć na nagłówki TMZ lub nieudolnych przetłumaczonych plotek na nasz język.
Reasumując. Tak jak wcześniej napisałam – jest lepiej od Changes, ale nie od Justice. Swag oceniam naprawdę bardzo dobrze i cieszę się, że taka płyta powstała. Myślę, iż będę do niej wracała, gdy będę potrzebowała się uspokoić albo poczuć tak zwany chillout. Chciał po swojemu wykrzyczeć, to co czuje i cieszyć się wolnością (chociażby artystyczną). I szczerze? Jestem z niego dumna.


