To nieprawdopodobne, ale Cher pierwszy swój krążek wydała niemal 50 lat temu, a dokładnie w 1965 roku. Od tej pory konsekwentnie dążyła na sam szczyt popkulturowej karuzeli, osiągając wreszcie upragnione pierwsze miejsce Billboardu singlem Believe. Nazywana Cesarzową muzyki popularnej, na przełomie wieków popularna na równi z królową Madonną.
Jednak płyta Believe okazała się zarazem najlepszą płytą artystki, a także ostatnim przebłyskiem jej talentu. Od tamtej pory wydawała sporadycznie piosenki (m.in. duet z Rodem Stewartem czy na soundtrack filmu Burleska) czy jeszcze jeden, choć nieudany album zatytułowany Living Proof. Cher musiała zrobić 12-roczną przerwę od muzyki, by nagrać kolejny krążek, który w pełni ją zadowoli. Nie ukrywajmy, że Amerykanka jest spełnioną kobietą, która realizuje się nie tylko na rynku muzycznym, ale także filmowym. Wiek XXI zapomniał już o dawnej chwale Cesarzowej, odrzuca wpływy artystki, dając miejsce nowym pokoleniom artystów. Niestety show-biznes jest nieubłagany i ciężko znaleźć w nim miejsce dla 67-letniej wokalistki, która wciąż śpiewa muzykę taneczną. Zaczyna to brzmieć w pewnym momencie po prostu groteskowo, wręcz kiczowato. Jednak Cher wcale nie zraża się stereotypami i w 2013 wydaje płytę Closer To The Truth, próbując po raz kolejny swoich sił w tym gatunku, jednocześnie dając o sobie znać pokoleniu, które nie poznało magii albumu Believe.
I ciężko będzie im odkryć przebojowość autorki hitu If I Could Turn Back Time, ponieważ jej najnowszej płycie daleko do ideału sprzed niemal 20 lat. To wrażenie zapoczątkowuje okładka, na której wokalistka stylizuje się na 20-letnią piękność, a czasu nawet ona oszukać nie potrafi. Oglądając teledysk do Woman’s World można doznać odczucie, że to parodia przeboju Cher sprzed lat, a sama piosenka przypomina mi tańszą wersję Only Girl (In The World) Rihanny. Mało brakowało, a na tym etapie zaprzestałbym dalszego odkrywania nowej twórczości idolki sprzed lat. Okazało się, że dalej może być jeszcze gorzej – siląca się na wrażliwość pokroju Celine Dion w My Love czy przepuszczony przez maszynkę wokal w Dressed To Kill. Artystka sama zabija swój największy atut – głos, zniekształcając go do granic możliwości. Ta sztuczność wprowadza w kompozycje niepotrzebny zamęt, a przecież to głębia, potężna siła wokalu Cher są jej głównymi walorami.
W późniejszej fazie płyty jednak następuje całkowita odmiana, jak za sprawą magicznej różdżki. Ulatniają się złe moce, a następuje magia, której tak potrzebowałem na tym krążku. Wszystko wraca na właściwe tory, a sama wokalistka próbuje swoich sił w balladach. Choć nigdy w tych nie czuła się najlepiej, a jej przeboje znane są ze skoczności, przebojowości i optymistycznego nastawienia, tak to paradoksalnie właśnie romantyczne, powolne kompozycje stają się tym, czego Cher potrzebuje. I Hope You Find It to przejmujący numer ze świetną sekcją smyczkową w tle oraz (nareszcie!) świetnie wykorzystanym wokalem Amerykanki. Sirens zaś uderza w nutę smutku, melancholii i choć brakuje tu mocnego tupnięcia w postaci refrenu, tak całość broni się głosem Cher, która tym razem wypełnia całą sobą przestrzeń w piosence. Końcówka to już świetne podsumowanie całej płyty – skoczne, iście taneczne Pride, przypominające nieśmiertelne Believe oraz burleskowe You Haven’t Seen The Last Of Me, które słusznie zresztą zdobyło Złotego Globa dla najlepszej filmowej piosenki roku.
Closer To The Truth był blisko otrzymania tytułu największej wpadki roku, a to za sprawą kiczowatych piosenek z przerobionym komputerowo wokalem Cher. Jednak to właśnie tą naturalną, prawdziwą Cher chcemy słuchać i oglądać. Ballady w jej wykonaniu to nowa jakość w tym repertuarze, a także inne oblicze muzyki popowej, w której coraz mniej takiego klimatu. Wielokrotnie miałem wrażenie, że Amerykanka usilnie stara się być oryginalna, szczera, a wychodziło to po prostu sztucznie. W tym przypadku mieszane uczucia co do krążka można zrozumieć, tym bardziej jeśli jest on tak diametralnie zróżnicowany. Cher po kilkunastu latach przerwy wraca z nowym longplayem, którym chce się pokazać odbiorcom XXI wieku. Wiemy jednak, że to nie jej czas, choć Madonna, Celine Dion czy Britney Spears potrafiły się w nim odnaleźć. Nie warto burzyć własnego pomniku czy niszczyć legendę swojej osoby. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny niepokonanym…

