To się musiało kiedyś stać. Dawid Kwiatkowski i Michał Kwiatkowski wyruszyli we wspólną trasę koncertową. Akustyczną, kameralną, chwilami sentymentalną, ale pełną pozytywnej energii i niespodzianek.

Zaplanowany na 19:30 koncert braci Kwiatkowskich w warszawskim Teatrze Capitol rozpoczął się z kilkunastominutowym opóźnieniem, ale nie wynikało to raczej z gwiazdorskiego kaprysu któregoś z artystów, ale organizacyjnych problemów z pomieszczeniem tak dużej liczby osób. Kwiatonators po raz kolejny nie zawiedli i wypełnili po brzegi całą widownię.
Kiedy wszyscy w końcu zajęli miejsca siedzące, rozpoczęło się show. W tle puszczono głosy Michała i Dawida, którzy naprzemiennie opowiadali o momencie, w którym starszy z nich zdecydował się na wylot do Francji, aby rozpocząć tam karierę solową. O bólu związanym z rozstaniem traktował pierwszy utwór wykonywany na trasie przez obu wokalistów, czyli Nie opuszczaj mnie.
Pomimo tego, że koncert rozpoczął się bardzo spokojnie i nostalgicznie, artyści zadbali o to, aby przez najbliższe kilkadziesiąt minut Teatr Capitol stał się tanecznym parkietem. Pierwszą zachętą do wspólnej zabawy, która w mig porwała wszystkich fanów, było wspólne wykonanie singla Countdown z repertuaru Dawida. Następnym punktem show były występy solowe. Młody piosenkarz wykonał premierowo utwór Rozpalimy ogień z nadchodzącego krążka, który pomimo tego, że nie został udostępniony na żadnym nośniku, i tak został w całości odśpiewany wspólnie z fanami. Michał natomiast zaprezentował kawałek On S’en Va. Szaleństwo na widowni zapewniły też kompozycje Jesteś oraz Bad Habits.
Co ciekawe, bracia nie ograniczyli się do odśpiewania jedynie autorskich utworów, tylko postanowili również sprawdzić siły w nieswoim repertuarze. Michał wykonał utwór Sam 1.0 Dawida, a Dawid Tu mets de l’or, które, podobnie jak brat, zadedykował babci. Kilka piosenek było wykonywanych wspólnie, inne zaś osobno. Każdy element muzycznego spektaklu był jednak doskonale przemyślany, dzięki czemu żaden z braci nie zdominował sceny. To było ich wspólne dzieło, gdzie obaj byli równorzędnymi gwiazdami.
W trakcie trwania koncertu, nie sposób było nie dostrzec, że Kwiatkowskich łączy nie tylko nazwisko, charyzma i pasja do muzyki, ale przede wszystkim niesamowicie silna więź. Obaj nie szczędzili sobie miłych słów, opowiadali zabawne sytuacje z przeszłości i bardzo dbali o to, aby publiczność tworzyła ten koncert razem z nimi. Dzięki temu, że obiekt należy do tych raczej kameralnych, a oni sami są urodzonymi showmanami, udało im się to doskonale. Fani odwdzięczali się gromkimi brawami, wspólnym śpiewaniem, czy stworzeniem klimatu, choćby poprzez włączenie światełek w czasie balladowego setu Michała.


Według mnie, dobrze się stało, że dopiero teraz pomysł wspólnej trasy koncertowej doszedł do skutku. Dawid zdecydowanie dojrzał jako artysta, zaczął tworzyć bardziej ambitny pop, sięgając między innymi po muzykę klubową, a nawet rap, przez co repertuar obu braci mógł stworzyć współgrającą ze sobą setlistę koncertu.
Zaskakujące było dla mnie zakończenie. Jako bis wykonane zostały dwa covery: jeden z repertuaru Varius Manx – Piosenka księżycowa, a drugi Bajmu – Biała armia, bo to właśnie one najbardziej przypominają Kwiatkowskim czasy dzieciństwa i młodości. I aż miło się człowiekowi na sercu zrobiło, gdy przekonał się, że tak młoda publiczność zna do nich teksty! Po pożegnaniu się z publicznością, bracia jeszcze raz wyszli na scenę, by zaprosić wszystkich odpowiedzialnych za przygotowanie show i im podziękować. Trzeba przyznać, że jest za co, bo trasa akustyczna Kwiatkowscy En Tournée naprawdę robi wrażenie. 19 listopada w Gorzowie Wielkopolskim finał trasy, więc jeśli macie szansę, kupcie bilet już teraz. O ile są jeszcze dostępne!


