Pamiętacie jeszcze utwór A Night Like This, który docierał do nas ze wszystkich stron w 2010 roku? Jego autorka, holenderska wokalistka Caro Emerald, nie długo cieszyła się zainteresowaniem komercyjnych stacji radiowych. Pokochało ją za to grono słuchaczy, dla których artystka od dłuższego czasu (konkretniej od wydania drugiej płyty w 2013 roku) jest w wiecznej trasie koncertowej. Zarówno ona, jak i chęć posiadania udanego i spokojnego życia rodzinnego przeszkadzać mogą Emerald w wydaniu kolejnego długogrającego dzieła. Zadowolić się musimy epką.
Niektórzy artyści wyruszają w trasy koncertowe, bo wydali nowe płyty, które jakoś trzeba wypromować. Inni zaś po to prezentują kolejne albumy, by móc znów stanąć na scenie. Do tej drugiej grupy pasuje Caro, która ta parę numerów przygotowała chyba tylko dlatego, by publiczność tłumnie przychodząca na jej występy nie narzekała, że repertuar się powtarza.

Uważniej w epkę Emerald wsłuchałam się kilka dni temu, gdy pogoda za oknem nie zachęcała do wychodzenia z domu, powoli zapomniałam, jak wygląda Słońce, a jedynymi myślami przechadzającymi się po mojej głowie były „kiedy do cholery będzie upał?”. Piosenki z Emerald Island EP nie należą do najgorętszych, choć unosi się nad nimi przyjemny, ciepły wiaterek.
Tahitian Skies, kompozycja otwierająca ten krótki zestaw, jest dusznym, eleganckim nagraniem. Od dawna wielu melomanów jest zdania, że to właśnie Caro powinna być wykonawczynią bondowskiego muzycznego motywu przewodniego. Tahitian Skies się do tego by nadawało, gdyby tylko akcja kolejnego filmu działa się na jakiejś tropikalnej wyspie. To moja ulubiona premiera Holenderki, choć po piętach depcze jej inspirowany tango utwór The Ghost of You. Dwie kolejne śpiewane piosenki – Never Ever i Whatchugot – są nowocześniejszym, bardziej popowym spojrzeniem na swingujące rytmy. Szczególnie warto zerknąć na ten drugi, bo tak przebojowej, delikatnie nawet nawiązującej do hip hopu kompozycji artystka jeszcze nie miała. Ostatnia dwójka, The Dark i Exotic Flu, to instrumentalne, świetnie kawałki, o których sporo mówią ich tytuły.
Wydawać by się mogło, że eksperymentowanie i szukanie na siebie nowych pomysłów są wpisane w życie osoby zawodowo zajmującej się muzyką. Ilu waszych idoli brzmi dziś zupełnie inaczej niż na debiutanckich albumach? Ilu poszło drogą, której się po nich nie spodziewaliście? Zapewne sporo. Sama mogłabym wymieniać długo. Jednak taka Caro Emerald od samego początku robi swoje, z mniejszą bądź większą pasją swatając pop z brzmieniem rodem z lat 40. Emerald Island EP nie zawiera może najlepszych piosenek firmowanych nazwiskiem zdolnej, utalentowanej Holenderki. Udowadnia za to coś dobrego – wokalistka trzyma poziom i wciąż ma głowę pełną melodii, które pasują do jej ulubionej retro stylistyki. Słuchanie tegorocznego minialbumu nie da nam ładnej opalenizny, ale może poprawić humor. A to już coś.
