Pamiętacie młodą i słodką wokalistkę Carly Rae Jepsen i jej światowy hit Call Me Maybe? Na pewno kojarzycie, a niejeden z Was śpiewał ten singiel całe wakacje 2012 roku. A co jeśli Wam powiem, że wokalistka dojrzała, jednak dalej pozostała słodka i po trzech latach wydała album? W Wasze ręce oddaje najświeższą recenzję płyty Carly pt. E·MO·TION.
Fani w Europie musieli długo czekać na to, żeby w końcu mogli zakupić fizyczną wersję płyty Carly. Początkowo album został wydany jedynie na Japoński rynek muzyczny, gdzie odniósł spory sukces i wspiął się na 8 miejsce notowania Oricon. Dopiero kilka miesięcy później, dokładnie w sierpniu Jepsen wypuściła wydawnictwo na światowy rynek muzyczny. Po dodatkowym miesiącu oczekiwania E·MO·TION trafił do europejskich fanów, gdzie można zauważyć, że długie czekanie odbiło się na sprzedaży płyty.
Dokładnie od 2 marca 2015 r. fani zaczęli odliczać miesiące i dnie do premiery wydawnictwa. Dlaczego akurat od 2 marca? Bo właśnie wtedy ukazał się jej pierwszy oficjalny singiel I Really Like You, który odniósł naprawdę duży sukces na całym świecie, ba! nawet w Polsce wspiął się na 10 miejsce najczęściej granych utworów, co artystce nie zdarzało się często. „I’m pregnant. Okay… Just kidding Yeeee! I Really Really Really Like You” – ciekawe czy jest ktoś, kto tego nie nucił?
Z drugim singlem Run Away With Me już jest nieco gorzej, pomimo, że wpada w ucho, to czegoś mu brakuje i nie odniósł tak dobrego sukcesu jak poprzednik. Może to przez brak Justina Biebera w klipie, a może Toma Hanksa? Tak czy siak, pomimo, że dużego wyboru do oceniania singli nie mam, to uważam, że I Really Like You jest najlepsze.
Może warto na początku recenzji powiedzieć, że muzyka zawarta na E·MO·TION potrafi siąść na głowę, co pewnie sami zauważyliście już dawno słuchając w radiu/tv dwóch powyższych singli. Przynajmniej ja tak mam, że jak przesłucham jednego utworu Carly, to później nucę go cały dzień… Pewnie właśnie o to chodziło producentom i samej wokalistce, w sumie fajnie im to wyszło, a no i najważniejsza kwestia – jeśli macie dość szczęśliwej/nieszczęśliwej miłości, która poruszana jest w muzyce, to ten album zdecydowanie nie jest dla Was.
Jednym z utworów, który najdłużej zapadł mi w głowie jest tytułowy Emotion. Świeży kawałek dobrej, popowej muzyki. Nie ma się tutaj do czego przyczepić, może jedynie do dość banalnego tekstu… tak, zdecydowanie czarną owcą w tej całej kompozycji jest tekst. Mimo, że Carly nie posiada 5 oktaw, a jej barwa głosu jest dość pospolita, to dobrze wypada w tym utworze.
Gimmie Love, Gimmie Love, Gimmie Love… niby nic specjalnego tutaj nie ma, typowa ballada znowu o miłości, ten sam głos wokalistki, dość ograniczona szata muzyczna, a mimo to fajnie się tego słucha i co najważniejsze, nie nudzi się. Tylko ile można śpiewać o miłości… Tak czy inaczej, refren banalny, chwytliwy i mógłby być kolejnym singlem, który podbił by na pewno serca fanów i ludzi na całym świecie. Jak to mówią – piękno tkwi w prostocie.
Nagroda za najnudniejszy utwór 2015 r. goes to… Carly Rae Jepsen – All That. Serio, gdyby zrobili taką galę z nagrodami za najgorsze utwory, to All That na pewno zostałoby docenione przez jury. Szczerze, nie przesłuchałem tej piosenki do końca, bo już tak mniej więcej w połowie mnie znudziła. Smutne, ale prawdziwe.
Zdecydowanie większość albumu skupia się wokół brzmień, jakie zostały zawarte w wyżej opisanych utworach i singlach. Dopiero pod koniec wydawnictwa zaczyna dziać się coś nowego, a mianowicie Carly i jej sztab muzyczny postanowili dodać elementy muzyki elektronicznej, ba… nawet dużo tej elektroniki. Zaczyna się ona mniej więcej od 12 utworu pt. When I Need You, a kończy na pozycji 14, pod którą kryje się I Didn’t Just Come Here To Dance. Z tych wszystkich trzech kompozycji najlepszą zdecydowanie jest ostatnia, natomiast najgorsza kryje się pod numerem pechowym, 13 – Black Heart. Piosenkę przesłuchałem raz i tyle mi chyba wystarczy. Jedna z niewielu czarnych owiec na wydawnictwie.


