Carla Bruni – French Touch (2017), recenzja Christiana Cieślaka

0
218

Dzięki dotykowi naszych dłoni, tworzone przez nie dzieła, czy to muzyczne, czy też literackie, nabierają swojej unikatowej formy. Raczej nie jest tajemnicą, że French Touch autorstwa żony byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, czyli Carli Bruni, jest próbą obdarzenia powszechnie znanych anglojęzycznych utworów specyficznym francuskim muzycznym zmysłem. W związku z takim charakterem tej płyty, nasuwa mi się myśl, że to w istocie nic szczególnego i niestety, ale jest to stuprocentową prawdą.

French Touch, czyli kolejna płyta z autorskimi interpretacjami klasycznych szlagierów muzyki XX wieku, tak brzmi według mnie pełen tytuł tej płyty, ale oczywiście z wiadomych marketingowo-sprzedażowych powodów, nie zobaczymy go na żadnym z wytłoczonych krążków. I w sumie nie ma nic złego w tym, że artysta ma ogromną ochotę stworzyć lekką i niezobowiązującą płytkę z coverami, a nuż, widelec uda mu się na tym zarobić kilka groszy. Natomiast w przypadku French Touch, rodzi się w mojej bądź co bądź konsumenckiej głowinie, czy warto dać zarobić artyście na płycie, która ani nie jest wyjątkowo szpetna, ani też szczególnie dobra, by kupować ją za premierową cenę blisko czterdziestu złotych. Jak się pewnie domyślacie, nieszczególnie.

Poświęcając nieco ponad trzydzieści minut na przesłuchanie całego French Touch nasunęły mi się dwa skojarzenia. Pierwsze, że krążek idealnie sprawdzi się w jakiś romantycznych knajpkach, gdzie będzie sobie przygrywał w tle. Nie specjalnie będzie się wybijał, za to podkreśli lekko melancholijny klimat wnętrza restauracji, latając między krzesłami i kanapami z obiciami w czerwone róże oraz ciężkimi drewnianymi meblami, które powstały zanim jeszcze Carla Bruni przyszła na świat.

Drugie skojarzenie jest równie romantyczne i różane. French Touch brzmi trochę jak soundtrack jakiegoś serialu, gdzie główna bohaterka zupełnie nie szukając miłości, znajduje ją w miejscu swojej pracy i potem przeżywa istną serię niefortunnych zdarzeń, by w ostatnim piątym sezonie wreszcie stanąć na ślubnym kobiercu. Banał, prawda? No cóż, taka jest też ta płyta – banalna lub jak kto woli, klasycznie romantyczna w prawdziwie francuskim stylu. Dość powolna, uroczo flegmatyczna i idealna do tańca-przytulańca z ukochanym, bądź ukochaną.

Zagłębiając się pojedynczo w każdy utwór, to nadal muszę powiedzieć, że nie ma tutaj żadnej szczególnie wyjątkowej piosenki. Jedynym odstępstwem od tej miłosnej atmosfery jest Highway To Hell, który w oryginale wykonywał legendarny zespół AC/DC. To właśnie ten utwór ma największy potencjał „na hita”, dają mi najwięcej energii ze wszystkich jedenastu piosenek i jak możecie się domyślać, to jest raczej zasługa oryginału AC/DC, niż samej interpretacji Carli Bruni. Gdyby na płycie French Touch wystąpiły covery właśnie takich utworów, które kompletnie nie mają nic wspólnego z popem, ani z jego pochodnymi formami, to wydaje mi się, że byłby to album zdecydowanie bardziej ciekawy i interesujący, niż to co miałem przyjemność usłyszeć. Francuska interpretacja utworów Marilyna MansonaBjörk czy może nawet Eminema, to dopiero byłoby coś naprawdę intrygującego, ale póki Carla Bruni tej recenzji nie przeczyta, to nici z marzeń.

French Touch to jest taka płyta, którą się słyszy, ale się jej nie słucha, pamięta, ale w sumie nie wiadomo dlaczego. Cóż można rzecz więcej? Choć ja osobiście jestem fanem tej francuskiej banalności w muzyce, to najnowsza płyta Carli Bruni raczej na stałe pozostanie w bezkresnej bibliotece Spotify, no chyba, że doczeka się osiemdziesięcioprocentowej obniżki ceny, a z tego co zauważyłem, to jest ku temu coraz bliżej.