Buslav – Buslav (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

1
197

Są takie debiutanckie krążki, na które czeka się z niecierpliwością. Tak właśnie było w przypadku pierwszego autorskiego materiału Buslava. Artystę do tej pory można było znaleźć w kilku projektach np. w roli muzyka sesyjnego Cheryl Pepsii Riley, czy scenicznego współtowarzysza Mariki. Jednak dopiero teraz postanowił zaszczycić świat swoimi doświadczeniami i emocjami w postaci solowego albumu.  Pierwszy album dyskografii artysty ma to do siebie, że klasyfikuje się go do trafionych w dziesiątkę, bądź mniej udanych. Przeważnie to ten krążek kreuje wizerunek twórcy i sprowadza do niego pierwszych słuchaczy. Artyście zostaje przypięty odpowiedni szablon, a płyta zostaje włożona do prawidłowej szufladki. W przypadku debiutu Tomasza Busławskiego mamy do czynienia z przypadkiem albumu, który o ile łatwo sklasyfikować muzycznie, o tyle na słuchaczy trzeba będzie chwilę poczekać.

Debiutancka płyta, o jakże wymyślnym tytule Buslav, jest popem. Na szczęście jego lepszą wersją, raz akustycznym, raz elektronicznym, ale popem. Mam ochotę przemycić tu określenie alternatywy, gdyż krążek z typowym popem, jaki sprzedaje się teraz masom, nie ma nic wspólnego. Album przepełniony jest delikatnym, żeby nie powiedzieć zmysłowym brzmieniem, mającym na celu przywołanie różnych emocji. Na pewno dużą rolę odgrywają tutaj smyczki w wykonaniu Fair Play Quartet. Wystarczy posłuchać takich utworów jak Our Way, Hope czy singlowe Running on high, żeby w pełni poczuć wszystko, co Buslav chciał przekazać. A jak wiadomo, smyczki są idealnymi instrumentami do budowania emocji słuchacza.

Jednak nie tylko te instrumenty tworzą klimat całej płyty. Przede wszystkim jest to wokal samego Buslava. Idealnie wyeksponowany w utworze Eternity, gdzie wspiera go jedynie piano Pawła Bzima Zareckiego. Jest to jedna z mniej skomplikowanych, ale niesamowicie emocjonalnych kompozycji. Do grupy wyciskaczy łez dołożyłabym jeszcze Hummingbird oraz, jak dla mnie najlepszy utwór na całym krążku – Tysiąc. Kompozycja buduje się z każdą kolejną nutą, raz stając się mocniejsza, raz spokojniejsza. Żałuję, że nie jest ona wykończona w taki sposób, w jaki można usłyszeć to na koncercie (tym samym w miarę możliwości polecam przejść się na odsłuch live ;) ).

Poza tym na płycie znajdziemy jeszcze takie utwory jak otwierający Świt oraz singlowe Searching For You. Oba rytmiczne, nieco bardziej żywe i melodyjne w porównaniu do pozostałych kompozycji na płycie. Krążek wypełniają także Lazarus Cave z bardzo przyjemnym, subtelnym pianem oraz trochę bardziej statyczne It’s Alright.

Dlaczego na początku pokusiłam się o stwierdzenie, że na szersze grono słuchaczy trzeba będzie chwilę poczekać? Ponieważ mimo, iż muzyka Buslava broni się sama, to dotarcie do odpowiedniego grona odbiorców, w tym przypadku może trochę zająć. Nie jest to brzmienie, które pojawi się w mainstreamowych radiostacjach czy telewizji. A na polskim rynku czasami trzeba mieć po prostu szczęście, żeby z podziemi dobrej muzyki wznieść się wyżej.

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.