To był kosmiczny wieczór. Ogromna sala Centrum Kongresowego wypełniona po sufit publicznością, zajmującą miejsca w czerwonych fotelach. A przed nimi scena, przestrzeń której każdy centymetr zagospodarowano, wypełniając przeróżnym instrumentarium. Po zapowiedzi Clashes Tour tej jesieni, oczekiwałam niezwykłych aranżacji, bardzo nowoczesnych już dokonań Brodki. To, co otrzymałam przekroczyło jednak moje najśmielsze życzenia.
Muzyków było jedenastu!– krzyknął ktoś z widowni, kiedy Monika ośmieliła się pojawić na bisach w okrojonym składzie, aby z przejmującą subtelnością i szacunkiem złożyć hołd i wyśpiewać własną, wyśnioną wersję Heart-Shaped Box Nirvany. Ale zanim to nastąpiło show rozpoczęło się z hukiem i wyszukanym rozmachem. Kiedy zgasły światła, na scenie pojawiła się rzeczywiście orkiestra artystów, począwszy od gitar, po bębny i klawisze na sekcji dętej oraz smyczkowej kończąc. Nie zapominajmy również o organach. Bo podczas wejścia na salę, wdychając zapach dymu i kadzidła poczułam się jak na mszy. Szczególnie słysząc anielskie chóry i dmące dźwięk piszczałki. Skonfundowana, nie wiedziałam tylko czy na mszy pobożnej, ubóstwiającej sztukę czy czarnej i niebezpiecznej, widząc wokalistkę wychodzącą przed publikę w czarnej masce na twarzy niczym Darth Vader. Bez żartów- szybko okazało się. że sceniczna kreacja artystki to połyskujące srebro na twarzy, element charakterystyczny dla trasy. To samo, które w złotej tonacji nosi na twarzy Krzysztof Zalewski- bębniarz Brodki- na okładce swojej najnowszej płyty. Wpływy i inspiracje najzupełniej nieprzypadkowe.
Mówiąc o trasie, jak sama nazwa wskazuje to wycieczka po rodzimym kraju z materiałem z najnowszej, wydanej w maju tego roku płyty Clashes. I choć poprzednie dokonania Moniki przekonywały mnie bardziej, z nową płytą musiałam się oswoić i zaprzyjaźnić. To, co znalazło się na Grandzie (2010) było mi bliższe, ale jej następca- co trzeba przyznać- był świetnym posunięciem aby wybić się poza granice Polski. Kończąc na tym, że pół ze mnie góralki, postanowiłam sprawdzić, jaką grandę uczynić potrafi teraz moja sąsiadka zza góry, osiągająca szczyty- aczkolwiek muzycznej kariery.
Wydawało mi się, że Monika jest bardziej zamkniętą i niedostępną osobą. Tymczasem, podczas całego swojego występu z radością wprowadzała do kolejnych granych utworów i opowiadała historie z życia i trasy.
Orkiestralne aranżacje piosenek wybrzmiały pięknie, szczególnie w sali pokroju Centrum Kongresowego. Wokalistka, dzierżąc w dłoni dymiącą kadzidłem gitarę wygrywała przedziwne kompozycje wywołując nastrój uniesienia i zadumy. Z początku choć ta muzyka na żywo jawiła mi się jako trudna i nierozrywkowa w odbiorze dla przeciętnego słuchacza, z czasem przekształciła się w magiczne rytmy, skoncentrowane na zahipnotyzowaniu i oczarowaniu nas przede wszystkim.
Zespół wykonał w niepowtarzalnym stylu największe przeboje z płyty, począwszy wyliczankę od Horses, Santa Muerte czy My Name is Youth na Holy Holes, Can’t Wait For War bądź dreamstreamextreme kończąc. Nie zabrakło również wcześniejszych kompozycji: Dancing Shoes i Grandy (bisy).
https://www.instagram.com/p/BLzEiuwjNHK/?taken-by=karomro
Nie sposób nie wspomnieć również o przepięknych kobietach zasiadających z instrumentami u boku Moniki- szczególnie ubranej od stóp do głów w błękit niezwykłej pilarce, bo tak niezwykłe urządzenie grające nie było mi jeszcze dane słyszeć (i widzieć!) na żywo w akcji. Cudowna organistka doprawiła całości, zamazując granice między sferą profanum a sacrum. Chwilami nie wiedziałam, po której stronie jeszcze stoję.
Pozostaje tylko dopowiedzieć, że jestem wprost dumna, że w Polsce potrafi się tworzyć muzykę na europejskim poziomie i wysadzać nią w powietrze koncertowe sale. Towar eksportowy kompletny i gotowy do wysyłki.


