Najbardziej tajemniczy zespół na polskiej scenie muzycznej? Odważne, choć dające się potwierdzić zdanie. BOKKA – istniejący już dziewięć lat zespół, do dziś nie ujawnił tożsamości swoich członków. Grupa jest jednak żywym dowodem na to, że nie nazwisko, a twórczość to klucz do identyfikacji, bo w polskiej alternatywie ugruntował sobie znaczącą pozycję. Od 2013 roku wydali, w dość regularnych odstępach czasu, łącznie cztery albumy, a ich debiutem zainteresował się nawet amerykański Pitchfork. Kilka dni temu wrócili w krwawym świetle księżyca. Świeżo wydany Blood Moon to następca Life on Planet B, wydanego w 2018 roku. I muszę przyznać, że choć muzyka BOKKI nigdy nie należała w moim odczuciu do najłatwiejszych, a tym samym najprzyjemniejszych, ta płyta do mnie trafiła.
Nie wiem czy to kwestia mojego odwiecznego uwielbienia kosmicznych motywów, ale w stosunku do poprzednich pozycji, Blood Moon postrzegam znacznie bardziej pozytywnie. O ile włączając nagranie tytułowe, które ten krążek otwiera, obawiałam się że i tym razem się z BOKKĄ nie polubimy, o tyle im dalej, tym lepiej. Pierwszy utwór jest oczywiście dobry, natomiast dość toporny dla ucha, i choć artystycznie należy go doceniać, tak słucha się go trochę ciężko. Znacznie chętniej sięgam po następujące po nim How… It All Ends, co dosyć mnie zaskakuje, bo to najdłuższe nagranie z wydawnictwa. Trwa nieco ponad 6 minut, ale zachowuje przystępność dzięki pulsującym i – jak na ten zespół – dynamicznym dźwiękom syntezatorów, które wkrótce zwinne wplatają się w zgrabny, melodyjny i wzniosły refren. Całość pozostawia niepokojące i bardzo pozytywne wrażenie. Trochę gorzej, choć nadal przystępnie wypada 900, które w stosunku do poprzednika zdaje się być nieco bardziej awangardowe, lecz nadal wpasowujące się w stylistykę całej płyty. Do moich ulubionych nagrań należy What If?, które balansuje między psychodeliczną balladą a energicznym, synth-popowym kawałkiem. Komplet tych stosunkowo bardziej dynamicznych nagrań zamyka Noises from the Outside, które również przedstawia się naprawdę nieźle, emocjonalnie i bardzo międzynarodowo.
Kompozycje, którym bliżej do ballad też pozostawiają dobre wrażenie. Subtelne Altitude przypomina mi trochę to, co robił David Bowie na Low i zdaje się być połączeniem ambientu z space popem, czym całkowicie mnie do siebie przekonuje, mimo że jest to nagranie instrumentalne. Mamy też krótkie, półtoraminutowe Point, kontrastujące z Altitude – tym razem to kompozycja acapella, a chóralny śpiew robi wrażenie i na pewno zwraca na siebie uwagę na tle całego albumu. The Abyss to prawdopodobnie najbardziej delikatna kompozycja na całym Blood Moon, oparta na pojedynczych, bardzo przyjemnych elektronicznych dźwiękach i zmodyfikowanym wokalu. Następujące po nim Walk On A Wire jest bardziej eksperymentalne, ale także bardzo udane. Sporo robią tu dęte dźwięki, które dodają temu utworowi wzniosłości. Zamykające krążek No Counting Backwards już z kolei wydaje mi się przekombinowane i towarzyszą mi przy nim podobne odczucia, co przy pierwszej pozycji z płyty.
Wątpię, by BOKKA zagościła na stałe i na często w moich głośnikach, bo nadal jest to muzyka trudna oraz wymagająca skupienia i uwagi (co oczywiście absolutnie nie jest jej wadą – po prostu nie jest to rzecz, którą włączałabym na co dzień). Blood Moon to jednak produkcja, której niektóre momenty brzmią naprawdę światowo i zasługuje na wszelkie słowa uznania. A co z mojej perspektywy istotne – może mieć wielki koncertowy potencjał. Nie miałam jeszcze okazji usłyszeć BOKKI na żywo, ale z tym repertuarem chętnie bym to zmieniła. A trasa startuje już w tym tygodniu!

