Blur – The Magic Whip (2015), recenzja Michała Szuma

Rozpatrując płyty pod kątem ich słuchalności często jest tak, że pierwsze odsłuchanie danego krążka jest ciężkim zadaniem i zwykle kończy się słabą jego oceną. To uczucie zazwyczaj mija wraz z upływem czasu i ze wzrostem liczby przesłuchań. Są jednak takie płyty, jak The Magic Whip formacji Blur, które już za pierwszym razem wpadają w ucho. Dzięki temu, przynajmniej w moim rankingu, nabywają one specjalne prawa, ale też i obowiązki.

Żeby odłożyć część administracyjno-prawniczą na dalszy plan, warto na wstępie wspomnieć o kilku kwestiach wokół płyty. Brytyjski zespół Blur powstał na przełomie lat 80. i 90. w Londynie. Na ich koncie znajduje się 8 albumów studyjnych, jednak poprzednikiem The Magic Whipa jest Think Tank z 2003 roku (sic!). Ta dwunastoletnia przerwa spowodowana była różnymi perturbacjami, które napotkały zespół, a które ostatecznie okazały się ojcem chrzestnym najnowszego wydawnictwa. Z uwagi na powyższe fakty bardzo ochoczo włączyłem w moim odtwarzaczu ten krążek i wtedy…

…przeniosłem się do Hong Kongu! Czemu? Po pierwsze dlatego, że to właśnie tam powstała część tego albumu, a po drugie – dźwięki ulicy na początku zasugerowały mi właśnie to miasto (no dobra… po uprzednim spojrzeniu na okładkę). Bowiem to od dźwięku z życia miasta rozpoczyna się Lonesome Street – trzeci singiel z The Magic Whip. Piosenka jest utrzymana w dość luźnym klimacie z lekką nutką inspiracji kulturą wschodnią. Nie można w niej wyróżnić wyraźnego podziału na zwrotki, refreny czy bridge, a jedynie zauważyć pewne powtarzające się elementy, których osobiście nie odbieram jako powyższe składowe większości piosenek. Całość singla dopełnia obrazek wizualny w postaci teledysku, który z początku przypomina mi nieco Lonely Boy zespołu The Black Keys. Jednak o klipach nieco więcej wspomnę później.

Teraz natomiast skupię się na singlach, które wyszły w związku z promocją płyty. Pierwszym z nich było Go Out. Chcąc w tym miejscu napisać coś więcej na temat tej piosenki mam w głowie jedynie dwa słowa: perfekcja i dysharmonia. Wydawać by się mogło, że te cechy się ze sobą gryzą, jednak każde ma swoje uzasadnienie. Genialnie dobrany singiel jak na powrót po tak długim czasie absencji jest najlepszym dowodem na to, że jest to perfekcyjny kawałek. Na pierwszy plan wychodzi tutaj mile przygrywający bas, który pieści uszy niczym wykwalifikowany terapeuta. Skąd zatem ta dysharmonia? Wynika ona z charakteru piosenki, który jest dość swobodny. Z jednej strony mamy bowiem pięknie zbudowaną koncepcję, która chwilę później burzy się przez przypadkowe wstawki gitarowe tudzież elektryczne. To jednak dodaje jedynie smaczku całemu utworowi, gdyż dzięki tym dodatkom jest on dziki, miejscami agresywny, a zarazem wpadający w ucho. Bo chyba każdy, kto go usłyszy, prędzej czy później przypomni sobie refrenowe ‘oh-ohoh-ohohohohoh’.

Drugim z kolei singlem był utwór There Are Too Many Of Us. W moim odczuciu jest to najsłabszy z singli, jeżeli chodzi o kwestię muzyczną, natomiast najlepszy pod względem lirycznym. Piosenka zaczyna się rytmiczną linią perkusyjną, która od razu skojarzyła mi się z wojskiem i biciem odgrywanym podczas trwania niektórych uroczystości militarnych. W rytm tego bicia przygrywa zarówno bas, jak i gitara brzmiąca na wzór akustycznej. Brzmi to dość tandetnie, aczkolwiek w momencie przejścia perkusji w tryb rockowego kawałka nabiera on nieco charakteru. Mimo to utwór jest bardzo minimalistyczny, dzięki czemu jednak można skupić się na słowach. A te mogą dać do myślenia, ponieważ znajdziemy w nich chociażby takie zwrotki jak:

‘Cause there are too many of us
In tiny houses here and there
Just passing out somewhere
But you won’t care

Piosenką, która ma prawo do własnego akapitu jest także I Broadcast. Jej największym i bodajże jedynym minusem jest to, że kończy się po niespełna trzech minutach. Wsłuchując się w przyjemniej brzmiącą gitarę traci się rachubę czasu i na koniec czuje się pewien niedosyt, że minął on tak brutalnie szybko. Siłą rzeczy w tak krótkim czasie nie udało się przemycić zbyt wiele treści, czego konsekwencją jest wzorowana na ideologii jednej ze stacji telewizyjnych koncepcja: krótkie fragmenty śpiewane (w oryginale fragmenty filmu) w przerwach między piosenką (między reklamami). O ile w wypadku odbioru wizualnego takie coś jest kpiną, o tyle w przypadku tego utworu sprawdziło się to kapitalnie. Powiem więcej: trochę wręcz żałuję, że momentami tych słów było za dużo. Jednak żywiołowość i kapitalna warstwa rytmiczna w pełni rekompensują mi te lekkie zniesmaczenie.

A skoro już nawiązałem do kwestii smaku, to warto przy tej okazji wspomnieć o teledyskach towarzyszących promocji płyty. Chociaż słowo ‘promocja’ w tym wypadku jest dość wygórowanym stwierdzeniem, bo każdy z trzech teledysków jest baaaaaardzo ograniczony. Właściwie, to zaszaleję i pokuszę się o opisanie każdego z klipów w jednym zdaniu. Teledysk do Go Out ukazuje panią z Azji robiącą lody (swoją drogą smaczne lody – w komentarzach na Youtube można znaleźć przepis, zbereźniaki!). W klipie do Lonesome Street z początku widzimy fana zespołu The Black Keys, do którego później dołączają znajomi z trupy. Obraz do There Are Too Many of Us przedstawia Blur grające piosenkę. KONIEC. Taka powściągliwość jest moim zdaniem genialnym zabiegiem, bo w mojej interpretacji, chociaż nigdy nie byłem dobry z polskiego, ukazuje ona dwie rzeczy: podprogowo przemyca nam nawiązania do kultury azjatyckiej oraz stara się skupić uwagę na tym, co najważniejsze w muzyce, czyli na… muzyce.

W kwestii samej muzyki można by się bowiem spierać czy album jest dobry czy nie. Mój gust podpowiedział mi, że jest świetny, świeży i niejako nowatorski. Każde kolejne przesłuchanie pomogło znaleźć mi zupełnie inną kwestię, która mnie urzekła. Najpierw było to harmoniczne rytmy rodem z Azji w większości kawałków, następnie zauważyłem ckliwe brzmienia, które rzadko lubię, w takich piosenkach jak New World Towers czy My Terracotta Heart, a pewnego razu spodobała mi się nawet elektroniczna część wydawnictwa w utworach Ice Cream Man czy Thought I Was a Spaceman.

Podsumowując wspomnę jeszcze o okładce płyty, na której znajduje się lód w wafelku będący motywem przewijającym się przez całą płytę. Obok niego jest także napis w tradycyjnym chińskim, który mówi dosłownie  ‘Blur Magic-whip’. Całość okraszona jest neonami, co przynajmniej mi w znacznym stopniu kojarzy się z Hong Kongiem. Jako, że właśnie tam rozpoczęła się moja przygoda z The Magic Whip, zatem uzasadnionym będzie, jeśli i tutaj się ona zakończy. Krótko mówiąc: dzięki Blur za świetny powrót!

Posłowie: trochę jednak mi żal, że na całym krążku nie znalazła się żadna kompozycja, która w pełni wpasowałaby się w moją drapieżną duszę muzyczną. Blur poznałem bowiem dzięki piosence Song 2, która jest dla mnie synonimem energii, przebojowości i dobrego rocka. Jestem świadomy, że zapewne zespół swoje ‘szaleńcze lata’ ma już za sobą (przynajmniej jeżeli chodzi o twórczość, bo na koncertach nadal jest ogień), jednak chciałbym jeszcze kiedyś odnaleźć w ich nowych kompozycjach, których mam nadzieję będzie jeszcze kilka, ten pierwiastek z doskonale znanego wszystkim ‘ŁUUUHUUUUU’.

Czytaj również