Blossoms – Blossoms (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

0
189

Na ten album czekało wielu Brytyjczyków. Mimo krótkiego stażu, zespół z Manchesteru został dość szybko okrzyknięty jedną z najciekawiej zapowiadających się indie popowych formacji na Wyspach. Przyszła pora na zaprezentowanie się światu w pełni. Po trzech latach od założenia, Blossoms wydają swój pierwszy długogrający materiał.

Głównym zadaniem indie popowych albumów jest chwytanie słuchacza już od pierwszych dźwięków i bycie dziełem typu „radio-friendly” – mają w tym pomóc przede wszystkim łatwo wpadające w ucho melodie, zapadające w pamięć refreny oraz ciekawie zaprezentowane bogate instrumentarium. Gatunek ten zyskał bardzo na popularności w ostatnich latach, więc nowe zespoły, decydujące się na tworzenie muzyki w tym klimacie, muszą uważać, aby nie zginąć w kociole nieoryginalności.

Debiutanckie dzieło Blossoms zachęca od samego początku. Singlowe Charlemange, inspirowane najprawdopodobniej twórczością Kasabian, kusi chwytliwą melodią z syntezatorami w tle. Jest zadziornie, donośnie, bardzo melodyjnie. Naprawdę dobry gitarowopopowy opening z interesująco zaakcentowanym wokalem Toma Ogdena.

Kolejne utwory potwierdzają, że mamy do czynienia z nieźle zapowiadającym się brytyjskim zespołem, który brzmi całkiem dojrzale i robi muzykę brzmiącą bardzo przekonywującą, mimo że to dopiero debiutancki okres. Blossoms wdzięcznie łączą popowe brzmienia z wpływami indie. Grupa postawiła na głośne, wyróżniające się melodie (z mocnymi riffami) wyjęte niczym z lat osiemdziesiątych, kiedy dźwięki syntezatorów analogowych wiodły prym w rozgłośniach radiowych na całym świecie. Warto poznać At Most A Kiss, Honey Sweet, Blown Rose czy Gateway. Utwory te z powodzeniem mogłyby stać się częścią ścieżki dźwiękowej do nowego, ale już hitowego serialu Stranger Things, który jest interesującym hołdem dla legendarnych już lat osiemdziesiątych.

Balansowanie pomiędzy muzyką popową a indie odbywa się na tym albumie w sposób dość wyważony. Nie dochodzi tutaj do muzycznej rewolucji. Blossoms nie pokazują nigdzie nieznanej dotąd strony sceny manchesterskiej. Brzmienie albumu opiera się głównie na gitarze i syntezatorach. Fani niekonwencjonalnych dźwięków nie ocenią więc raczej tego albumu wysoko – więcej tu bowiem powściągliwości muzycznej, przewidywalnych rozwiązań oraz melodii, które ewidentnie są inspirowane twórczością innych, znaczących już zespołów (m.in. Oasis czy The Stone Roses). Rozwiązanie dość zachowawcze, ale wciąż zasługujące na taryfę ulgową – pamiętajmy, że to debiutanci. Na wytyczanie własnej muzycznej drogi przyjdzie najprawdopodobniej jeszcze pora.

Wydaje się, że największą inspiracją przy tworzeniu tego dzieła była indie rockowa muzyka Alexa Turnera i jego zespołu Arctic Monkeys. Słuchając tego albumu, nie da się tego nie zauważyć, tym bardziej jeśli twórczość Arktycznych jest komuś dobrze znana. Kilka utworów mogłoby spokojnie znaleźć się na trackliście słynnego już albumu Favourite Worst Nightmare czy ostatniego, dobrze przyjętego AM. Kompozycji Texia, Blow czy Smashed Pianos nie powstydziłby się najprawdopodobniej sam Turner. Dobrego klimatu nie można im odmówić.

Krążek skrywa też nieco lżejszą, spokojniejszą stronę. Blossoms, mimo raczkowania w świecie muzyki, nauczyli się dość szybko budować utwory w interesujący sposób. Zespół zrezygnował całkowicie z perkusji w Onto Her Bed i stworzył melancholijną kompozycję opartą jedynie na fortepianie, wokalu oraz lekkim syntezatorze w tle. Akustyczne My Favourite Room także może się podobać – czyste gitarowe brzmienie zawsze w modzie.

Album ten nie zmieni muzycznego świata. Brytyjczycy zdecydowali się na wydanie krążka naładowanego dobrą, ale jednocześnie bezpieczną muzyką. Ten spokojny debiut może się jednak podobać i warto mu poświęcić uwagę. Pomimo braku dźwiękowych innowacji, grupa stworzyła energetyczne dzieło, które jest atrakcyjną mieszanką popu oraz indie. Zielone światło dla Blossoms? Jak najbardziej.