Kiedy w 2009 roku wracali na rynek w stosunkowo huczny sposób, wydawało się, że świat ponownie stoi u ich stóp. Tournee po Stanach z Fall Out Boy i Weezerem oraz ciepło przyjęta płyta Neighbourhoods z 2011 roku miały być nowym startem punkowego trio. Chwilowy efekt „wow” szybko przerodził się jednak w dobry złego początek i już cztery lata później Tom DeLonge opuścił zespół. Dla kogo zatem to rozstanie było złe, a kto skorzystał na nim najbardziej?
„Zamienił stryjek siekierkę na…”
Kiedy okazało się, że w brakujące miejsce wskoczy Matt Skiba (znany do tej pory głównie z Alkaline Trio), nastroje w branży były co najmniej dobre. Wielu liczyło, że taki powiew świeżości będzie niczym letnia bryza – da orzeźwienie i ostudzi nieco gorące głowy krytyków. Po wydaniu pierwszej zapowiedzi płyty California, utworu Bored to Death, początkowy optymizm szybko przerodził się w rozczarowanie, a na pewno co najmniej w zmieszanie. W singlu na pierwszy plan wybijają się inspiracje przytargane przez nowe członka, a piosence zdecydowanie bliżej do Alkaline Trio aniżeli do Blink-182. Oczywiście było to nieuniknione i większość się tego spodziewała, lecz każdy kolejny dzień zbliżający zespół do premiery podnosił temperaturę wokół niego, by 1 lipca osiągnąć punkt kulminacyjny.
Pufff! Mozolnie pompowany balonik pękł i w ekspresowym tempie ciśnienie spadło. California okazała się mieszanką starego dobrego Blinka i kilku nowych elementów wprowadzonych przez Skibę. Nie jest to może połączenie za każdym razem perfekcyjne, niemniej nie można mu zarzucić braku świeżości – tej oczekiwanej bryzy. 16 nowych piosenek to czterdziestodwuminutowa przygoda z tytułowym stanem w tle, chociaż nie zawsze jest po kalifornijsku. Bywa szybko, bywa wolniej, ale nigdy nudno!
Już pierwszy utwór jest swoistą pieczątką świadczącą o jakości spod szyldu 182, a w dalszej części takich stempli przybywa. Perełkami w tej materii są kilkunastosekundowe Bohemian Rhapsody i Built This Pool, ale również takie kosy jak The Rabbit Hole i The Only Thing That Matters. Naprawdę przyjemnie słyszeć zespół z ponad dwudziestoletnim stażem w tak wysokiej formie, w tak żwawym tempie i z takim powerem. Oczywiście koncertowo cały album w takim stylu byłby strzałem w kolano, ale nawet te kilka akcentów powinno w pełni usatysfakcjonować każdego, komu w sercu gra punk.
Priorytetem projektu California zdaje się być natomiast ciekawe brzmienie i zróżnicowany rytm, bo to właśnie one są wyznacznikami oryginalności tej płyty. Nawet krytykowane przez wielu Bored To Death wcale nie odstaje od reszty, a jako że w kolejności jest to utwór numer dwa, stał się on automatycznie fantastycznym preludium do dalszych wiraży po rocku. Najszerzej w gitarowy nurt zespół wchodzi utworem Home Is Such a Lonely Place – klasykiem jeśli idzie o inspiracje Alkaline Trio. Gitara akustyczna, stosunkowo wyrazisty wokal i warstwa rytmiczna ograniczona do minimum to połączenie znane, lubiane i doceniane. Super, że taki utwór się pojawił.
Fakt, że najnowszy album Blink-182 jest mocno kombinowany nie znaczy automatycznie, że jest przekombinowany. Ba, on jest wykombinowany idealnie, a dodatkowo pięknie nagrany i jeszcze piękniej wyprodukowany. Nie ma w nim miejsca na kompromisy, a jednocześnie brzmi jak ciepły letni wieczór. Co prawda jak każdy letni wieczór, tak i Blink w nowym składzie wydaje się szybko przeminie, niemniej warto dać im choć chwilę szansy. A pan DeLonge niech pluje sobie w brodę, bo California bez niego jest naprawdę dobra. Zatem God Save (such) Blink!

