Christina Aguilera – Bionic (2010), recenzja Filipa Wiącka

Dwa lata po zapowiedzi elektronicznej Christiny Aguilery w postaci piosenek z Keeps Gettin’ Better – A Decade of Hits (przypomnienie: 2008) ukazał się długo oczekiwany krążek Bionic. Zmieszany przez krytyków z błotem, komercyjna klapa, bla bla bla… Nie chcę być niemiły, ale mało otwarci i ograniczeni ludzie nie nadążyli za wokalistką i nie zrozumieli tego, że chce się rozwijać.

Poza tym, jak to sama Christina powiedziała, krążek wyprzedzał swoją epokę. Czy teraz, po dwóch latach, jesteśmy już w stanie go należycie docenić?

Jeśli po przeczytaniu tej lub kilku poprzednich recenzji płyt Kryśki stwierdzicie, że jestem stronniczy i subiektywny, przyznam Wam rację. Ja po prostu nie potrafię jej krytykować. Nie dlatego, że jestem w nią ślepo zapatrzony i łykam wszystko, co nagra. Inaczej – wszystko, co ona nagrywa, jest dobre i dlatego to łykam.

http://www.youtube.com/watch?v=tdbCWeu51BE

I take over your mind frame…

Każda piosenka na Bionic jest zupełnie inna i o każdej można wiele napisać. Przejażdżkę z Christiną zaczynamy od tytułowego Bionic – mocnego, przebojowego, przekonującego utworu. Łatwo wpada w ucho, choć nie jest to materiał na typowy hit. Warto tu jednak przytoczyć fragment tekstu:

I’ll elevate you so high I’ll give you a migraine Over and over, put it on replay til you’re insane (PL: Podniosę cię tak wysoko, aż dostaniesz migreny I tak w kółko, naciskaj „wstecz”, aż oszalejesz)

Czyżby krytycy rzeczywiście tak bardzo przestraszyli się tej „deklaracji”? Uważam, że to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Dalej znajdziemy singlowe Not Myself Tonight, czyli wręcz ociekający seksem numer, dyskotekowe (ale z elementami muzyki latynoskiej) Desnudate czy zawierające elementy muzyki R&B Prima Donna. Przyznam jednak, że żaden z nich nawet nie zbliżył się do Elastic Love. Przy tworzeniu numeru brała udział raperka M.I.A. Nic więcej dziwnego, że utwór jest zakręcony, powiedziałbym nawet, że szalony. Bardzo elektroniczny i futurystyczny. Tutaj najbardziej czuć to „wyprzedzanie epoki”. Świetny utwór. Polecam także współpracę z Nicki Minaj pt. Woohoo. Piękne czasy, gdy ta raperka nie wciskała się dosłownie wszędzie, a miło podśpiewywała sobie z boku. Razem z nią Aguilera stworzyła świetny, hip hopowy kawałek.

I’m a prima donna I can rule the world…

Ubolewam nad tym, że album nie był bardziej promowany. Takie piosenki jak My Girls czy Glam z miejsca mogłyby stać się przebojami. Glam to nieco słodka, popowa piosenka o… ubraniach. Pomińmy jednak ten mankament. Utwór najbardziej pasuje do wczesnej Kryśki, tej z czasów Christina Aguilera czy Mi Reflejo. Mimo tego wolę My Girls. Podoba mi się, że Christina zaprosiła do współpracy Peaches, która nadała kawałkowi zadziorności i charakteru. Nie mówię jednak, że gdyby wykonywała go sama Aguilera, to byłoby gorzej. O nie. Kawałek ma chwytliwą, dyskotekową muzykę. Nic, tylko na singiel wypuszczać. Patrząc przez pryzmat My Girls, średnio wypada I Hate Boys. Ale to wciąż ta sama artystka, nie bójcie się.

Z tanecznych piosenek tu zawartych najbardziej podoba mi się jednak Vanity. Numer jest po prostu niesamowity! Co z tego, że wulgarny i zadziorny? Ani trochę mi to nie przeszkadza. Taneczna muzyka jest uzależniająca, Christina też super się spisała. A gdy wyciąga jedną notę (najwyższa na płycie), mam ciarki. Ciekawym urozmaiceniem kawałka był męski wokal pod koniec i syn Christiny, który na pytanie Who owns the throne? (PL: Do kogo należy tron) odpowiada You do, mommy (PL: Do ciebie mamo).

http://www.youtube.com/watch?v=gjfA9TzjALs

You give me love, you’re all I need…

Jednak najważniejszą częścią muzyki Christiny są rzecz jasna ballady. Od zawsze świetnie jej wychodziły. Bałem się trochę, że te tutaj będą gorsze od tych ze Stripped czy Back to Basics. Wystarczyło jednak jedno ich przesłuchanie, żebym po prostu rozdziawił gębę z wrażenia. Może i spokojne numery z Bionic nie mogą się zwać drugim Mercy on Me czy The Right Man, ale świetnie się ich słucha. Moją ulubioną balladą (i ogólnie piosenką z podstawowej edycji płyty) jest zdecydowanie You Lost Me. Posunę się nawet do stwierdzenia, że to jeden z najlepszych numerów wokalistki. Brzmi niesamowicie pięknie, emocjonalnie. Nie gorzej wypada sama muzyka – delikatna, subtelna, ale pod koniec mocniejsza, wzruszająca. Do pozostałych ballad z Bionic należą m.in. współtworzone przez Lindę Perry Lift Me Up (które jednak wolę w wersji z Hope for Haiti 2010; jednak i albumowa jest bardzo dobra), bardzo ładne I Am czy All I Need, w którym bardzo podoba mi się wokal Kryśki. Jednak to Sex for Breakfast uważam za najlepszą, obok You Lost Me oczywiście, balladę. Aguilera brzmi bardzo zmysłowo. Muzyka również jest świetna. Jako ciekawostka powiem, że kawałek dostał się na listę Najlepszych utworów, których nigdy nie usłyszysz. Żeby jednak Wam to umożliwić, wstawiam wideo.

Suddenly lost inside a fantasy…

Utwory zawarte na wersji deluxe płyty wynoszą muzykę Christiny na zupełnie inny poziom. Są po prostu niesamowite. Odstają od siebie pod względem gatunkowym, a jednak idealnie pasują. Jeśli jednak chcecie coś więcej o nich przeczytać, znajdźcie sobie inną recenzję. Ja słuchając ich (a przede wszystkim Stronger than Ever i Birds of Prey), po prostu rozdziawiam paszczę z zachwytu. Birds of Prey to chyba najlepsza piosenka, jaką Kryśka kiedykolwiek nagrała.

W podsumowaniu mogę napisać tylko – a może aż – jedno słowo: posłuchajcie. I w tym przypadku nie jest to zachęta, ale rozkaz. Album Bionic to zupełnie inne oblicze muzyki elektronicznej. Nie jest komercyjny. Ale pierońsko dobry.

Christina Aguilera - Bionic (2010)

Czytaj również