Jestem głównie fanem muzyki rockowej, dlatego albumy tylko tego gatunku mogły znaleźć się w moim Topie 2014 roku. Wśród wytypowanych przeze mnie krążków jest jednak jeden poza rockowy wyjątek, którego po prostu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. Co prawda, przez ostatnie 365 dni wpadło mi w ucho kilka kawałków nie związanych ze światem rocka (są w moim Topie utworów 2014 roku), ale to było zdecydowanie za mało, by płyty je zawierające znalazły się w zestawieniu najlepszych albumów przeszłego roku.
Zanim przejdziecie do czytania rankingu, to chciałbym wyjaśnić dwie sprawy. Po pierwsze: w zestawieniu tym znajdują się tylko i wyłącznie albumy z premierowym materiałem opublikowanym w zeszłym roku. Brak tu np. kompilacyjnego albumu Forever grupy Queen, czy reedycji płyty Moon Landing Jamesa Blunta, które – prawdopodobnie – by się w tym rozstawieniu znalazły. Po drugie: sposób klasyfikacji. Miejsca od 10 do 5 to lokaty, których nie opisywałem. To znaczy: były to płyty dobre, ale nie na tyle, by znaleźć się na lokatach od 5 do 1, które poddane zostały mojej krótkiej argumentacji. Dalej, lokaty od 5 do 2 to nadal kolejność losowa. Nie byłem w stanie uznać, która płyta była lepsza, a która trochę słabsza, dlatego zadecydowałem, że taki zabieg będzie najbardziej sprawiedliwy. Jednakże miejsce numer 1 to klasyczny zwycięzca. Album, który w mojej opinii jest najlepszą płytą 2014 roku. Nie tylko rockową. W ogóle.
I jeszcze ostatnia rzecz – moja krótka refleksja. Rok 2014 był w świecie muzyki rockowej bardzo słaby. Szczerze – nie pamiętam, kiedy tak mało interesujących wydawnictw zostało opublikowanych w ciągu jednego roku. Lecz nie ma co narzekać – zawsze mogło być o wiele gorzej.
Miejsca od 10 do 6:
- 10. Lenny Kravitz – Strut
- 09. Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog
- 08. Ed Sheeran – X
- 07. Jack White – Lazaretto
- 06. Gerard Way – Hesitant Alien
Miejsca od 5 do 2:
5. Foo Fighters – Sonic Highways
Amerykanie stworzyli płytę, o której nie można napisać, że jest zła. Kompozycje zawarte na niej posiadają gen Dave’a Grohla – jednego z najlepszych obecnie rockowych kompozytorów – dlatego słucha się ich z wielką przyjemnością. In the Clear, I Am a River, czy What Did I Do? / God as My Witness to murowane pozycje obowiązkowe w czasie nadchodzącej trasy koncertowej, promującej to wydawnictwo. Sporym minusem albumu jest mała ilość utworów. Osiem kompozycji to wynik bardzo słaby zwłaszcza, że Fightersi nagrywali je półtora roku. Spowodowane było to ciekawą ideą zespołu, która polegała na realizacji każdej piosenki w innym mieście Stanów Zjednoczonych, ale ostatecznie to muzyka broni album. A ta nie do końca jest w stanie odeprzeć wiele zarzutów, które pojawiły się wśród fanów i krytyków po publikacji krążka. Oczywiście Sonic Highways to płyta bardzo dobra, ale mam poczucie, że można było stworzyć coś jeszcze lepszego.
4. Rise Against – The Black Market
Pojawienie się tej płyty na rynku nie było sztucznie nagłaśniane i pompowane. Zespół ogłosił wydanie swojego 7 albumu, przewidzianego na lipiec 2014 roku, dosłownie 3 miesiące przed jego ostateczną publikacją. Bez zbędnego szumu i fanfar. Jeżeli to jest właśnie droga do artystycznego sukcesu, polecam ją każdemu artyście. The Black Market określany jest przez wiele osób jako najbardziej dojrzała płyta w dyskografii Rise Against. Podpisuje się pod tą tezą rękami i nogami. Wszystkie 12 kompozycji, które znalazły się na tym albumie, to kwintesencja hardcore punk rocka. Partie instrumentów oraz wokal Tima McIlartha ukazują w pełni świadomy swojego olbrzymiego talentu kwartet, który maksymalnie wykorzystuje swe umiejętności. W czasach, gdy popowi artyści śpiewają o dużych pupach, a ich teledyski ociekają nagością i tandetą, chicagowska kapela daje wszystkim do zrozumienia: tworzenie muzyki poruszającej tematykę rządów wykorzystujących swoich obywateli, czy społecznych niesprawiedliwości ma sens. Może nie przynosi 300 milionów wyświetleń na Youtube, ale daje wielki szacunek wśród ludzi. A to – w mojej opinii – jest najważniejsze.
3. Slash – World on Fire
Mówią, że do trzech razy sztuka. Coś w tym jest. Trzeci solowy album byłego gitarzysty legendy hard rocka – Guns N’ Roses – to zdecydowanie najlepsza płyta tego kudłatego muzyka. Nie mówię, że poprzedzające ją krążki Slash i Apocalyptic Love były słabe, ale w porównaniu do World on Fire, wyglądają jak James Blunt przy Hardcorowym Koksu – różnica jest ogromna. Fantastyczne riffy i solówki gitarowe, kapitalne partie basu i bębnów oraz genialny wokal Mylesa Kennedy’ego musiały spodobać się słuchaczom. Stwierdzenie, że krążek ten to dzieło monumentalne jest jak najbardziej wskazane – ponad godzina hard rockowego ecstasy zdecydowanie to potwierdza. Niemal każda z 17 kompozycji zawartych na tym albumie może w niedługim czasie stać się rockowymi hymnami. O ile już nimi nie są.
2. U2 – Songs of Innocence
Brak tej płyty w moim zestawieniu byłby niewskazany. Muzycznie, nowe dzieło U2 oczywiście odbiega o lata świetlne od choćby All That You Can’t Leave Behind, czy rockowych arcydzieł: The Joshua Tree i Achtung Baby, ale nie jest to też poziom podmiejskiego bruku. Na płycie znalazły się choćby takie kompozycje jak The Miracle (of Joey Ramone) i Iris (Hold Me Close), które zdecydowanie bronią najnowsze dzieło Irlandczyków. Płyta ta przejdzie jednak do historii nie tylko 2014 roku, ale także całej muzyki rozrywkowej z prostego powodu – rozpoczęła rewolucję w świecie muzyki. Bono i spółka, poprzez udostępnienie jej do darmowego pobrania w serwisie iTunes pokazali, że to Internet, a nie płyta kompaktowa, będzie w przyszłości głównym aktorem w wydawaniu muzyki. Trochę to smutne, ale takie jest niestety prawo ewolucji.
1. AC/DC – Rock or Bust
Wybór ten był dla mnie tak oczywisty, jak to, że w święta ludzie tyją, a lekarze po nowym roku strajkują. Szesnasty (!!!) studyjny album tej Australijskiej legendy rocka to zdecydowanie najlepsza płyta 2014 roku. Pewnie fani popu i innych poza rockowych gatunków mogą się ze mną nie zgodzić – mają do tego prawo. Lecz dla mnie nie ma to większego znaczenia. Rock or Bust to kwintesencja rock and rolla. Arcydzieło, które pokazuje, że zmienianie stylu na siłę jest zupełnie niepotrzebne. AC/DC gra niemal tak samo o momentu swojego powstania, czyli początku lat 70. Może członkowie kapeli się zestarzeli, ale ich muzyka ma nadal witalność i energię dwudziestolatka. Ich twórczość to miód na uszy dla niekiedy kilku pokoleń ludzi. To jest chyba największa siła rock and rolla. Niestety, najwięksi giganci tego gatunku, ze względu na swój sędziwy wiek, będą powoli opuszczać ten świat. Lecz ich muzyka pozostanie na zawsze. Jestem pewien, że za 100, 200, czy 300 lat, ludzie nadal będą wspominali AC/DC i album Rock or Bust. On już teraz dla wielu stał się klasyką gatunku, a przecież od jego premiery minął ledwie miesiąc. Czapki z głów i ogromny szacunek za najnowszą płytę i za to, że Brain Johnson i spółka nadal tworzą tak fantastyczną muzykę.
Teraz czas na najlepsze kompozycje przeszłego roku. Tutaj pozwolę sobie na większy wachlarz gatunków i stylów. Kolejność miejsc będzie zdecydowanie przypadkowa. Liczba lokat: 25.
Oto moja lista Najlepszych Utworów roku 2014:
25. AC/DC – Baptism by Fire
24. Maroon 5 – Maps
23. Fall Out Boy – Centuries
22. Coldplay – Magic
21. Hozier – Take Me To Church
20. Foo Fighters – I am a River
19. U2 – The Miracle (of Joey Ramone)
18. Nickelback – Satelite
17. Ed Sheeran – Thinking Out Loud
16. Lenny Kravitz – The Chamber
15. Nickelback – What Are You Waiting For?
14. Slash – World on Fire
13. AC/DC – Rock or Bust
12. Rise Against – I Don’t Want to Be Here Anymore
11. Maroon 5 – Animals
10. Ed Sheeran – Bloodstream
9. Coldplay – A Sky Full of Stars
8. U2 – Iris (Hold Me Close)
7. AC/DC – Play Ball
6. Foo Fighters – In The Clear
5. Gerard Way – Millions
4. Jack White – Would You Fight For My Love?
3. Magic! – Rude
2. Slash – Bent to Fly
1. Rise Against – Tragedy + Time
Właśnie zapoznaliście się z moimi typami. Zgadzacie się z nimi, czy nie? Jakie są Wasze zdania? Które płyty i kompozycje roku 2014 były dla Was najlepsze? Piszcie śmiało w komentarzach.






