Obecnie nie jest sztuką stworzyć romantyczną historię muzyczną, sztuką jest jej rozbudzenie przy użyciu nostalgii. Potrzeba wysmakowanego sposobu, który sprawi, że słuchacz nie odczuje nudy, a wręcz przeciwnie – będzie ekscytował się każdą nadchodzącą nutą. Brytyjski zespół Bear’s Den ten sposób ukrył w zjawiskowej płycie Red Earth & Pouring Rain i z pewnością chętnie się z nim podzieli!
Brytyjczycy Andrew Davie i Kevin Jonas części z nas mogą być już znani z ujmującego kawałka Agape (płyta Islands) oraz supportowania Mumford & Sons oraz Daughter. Co ważne do tej pory wydali dwie płyty i dwie epki, jednak dopiero z drugim albumem pokazali co oznacza niepowtarzalność dźwięku. Jak im się to udało? W jednym z wywiadów przyznali, że udział w licznych koncertach i festiwalach wiązał się ze spędzaniem dużej ilości czasu w busach i samochodach. To z kolei zaowocowało poszukiwaniem konkretnego rodzaju muzyki, który odpowiadał klimatowi nocnej jazdy. Z jakiś powodów właśnie słuchając Bruce’a Springsteena i Fleetwood Mac narodziły się muzyczne inspiracje do stworzenia najnowszej warstwy dźwiękowej. Za to tematykę płyty odnajdziemy na jej okładce. Przedstawienie kobiety, która prowadzi auto i spogląda w lusterko wsteczne to niczym próba ruszenia naprzód ze swoim życiem, ale z ciągłym spoglądaniem za siebie.
Przesłuchując najnowszą płytę Bear’s Den nie znajdziemy na niej ulubionego kawałka. Wynika to z prostego faktu, że nadzwyczajność jaka bije z każdej piosenki zniechęca do poszukiwania tej jedynej. Metafizyczność, baśniowość czy zagadkowość to i tak mało jeśli chodzi o ich charakterystykę. Można natomiast próbować podzielić album na historie muzyczne z większą dawką niepokojącej emocji i te subtelniejsze z większą dozą tęsknoty. Zaczynając od pierwszej grupy wybór musi paść na tytułowy kawałek Red Earth & Pouring Rain. Warto wspomnieć, iż inspiracją do owej nazwy był poemat o tym samym tytule, znaleziony przez Andrew w jednym z hoteli w Indiach. Szarpany gitarowy riff plus unosząca się w tle pewna przestrzenność dźwiękowa nieuchronnie osiągają swoje apogeum w końcowej fazie refrenu. Powtarzane jak mantra słowa: Nie pamiętasz miłości? Nie pamiętasz niczego? Tylko ty i ja kochanie … samowolnie wwiercają się w umysł i przekornie napędzają całą piosenkę. Z Emeralds czekają nas chwile bardziej taneczne, pozwalające na beztroskie poddanie się folkowej melodii roznieconej elektronicznym brzmieniem. Piosenka posiada jakby drugie dno muzyczne, bo wraz z jej zakończeniem otrzymujemy spotęgowane wrażenie dźwiękowe w postaci genialnego połączenia gitary z rogiem. Singlowy Auld Wives sprowadzi nas ponownie na bardziej niespokojne tory. Odnajdziemy tutaj pulsujący gitarowy bass oraz zsyntetyzowane dźwięki keyboardu idealnie oddające dramatyzm historii rozgrywającej się w tle. Tytułowe Auld Wives Lifts to taka ciekawostka w postaci znajdujących się w Szkocji skał, na których z niewiadomych przyczyn powstały wyrzeźbione twarze. W ich pobliżu mieszkał kiedyś ukochany dziadek Andrew chorujący na Alzheimera. Wokalista próbując pogodzić się z nieuchronnością losu: Wołam twoje imię, Ale ty mnie słyszysz, Nie rozpoznajesz mojej twarzy, daje upust dręczącym go emocjom.
Drugą kategorię warto rozpocząć od urzekającej ballady Roses On A Breeze. Przepiękna strona liryczna z wyznaniem: Gdzieś w głębi serca, nadal wierzę, że zawsze będziesz miłością mego życia, trafia w najczulszą stronę duszy. Z Fortress zanurzamy się w otchłani mroczniejszego brzmienia. Unoszące się w tle jakby jęczące dźwięki co rusz przywodzą na myśl otwieranie się bram tytułowej twierdzy. Miejsce to izoluje kochanków od siebie, ale zostało zbudowane na skutek zadanej rany: Nic nigdy bardziej mnie nie przerażało niż myśl, że mógłbym Cię skrzywdzić. Jak mogłem to zrobić? Choć można odnieść wrażenie, że szanse na przebicie muru dzielącego zakochanych są niewielkie, to z końcem utworu pojawia się nadzieja w postaci wyznania: Myślę, że nikt nie byłby w stanie pokochać kogoś, tak jak ja kocham Ciebie. Słuchając kompozycji Gabriel ponownie dajemy się ponieść lżejszym klimatom. Sam tytuł od razu nasuwa skojarzenie z biblijnym aniołem stróżem o imieniu Gabriel. Jest to jak najbardziej słuszny kierunek. Andrew przyznał w jednym z wywiadów, iż w pewnym momencie stracił sens tego kim jest. Jednak na jego drodze pojawili się ludzie, którzy znali go na tyle dobrze, że pomogli mu zrozumieć jego położenie i wyjść na prostą. To właśnie oni noszą imię Gabriel. Warto zwrócić uwagę, iż melodia wsparta akordami wygrywanymi na banjo dodaje harmonii i ciepła, które z kolei stwarzają ciekawy kontrast w zestawieniu z bardzo osobistym tekstem. Zamykająca płytę kompozycja Napoleon także zawiera w sobie wątek autobiograficzny. Tytułowy Napoleon to metaforyczne porównanie do ojca Andrew. Nadal widzę cię tam, wysoka szklanka z Napoleonem i skórzane krzesło w kolorze złamanej bieli, zapijasz jutro – nawiązanie do jego problemów z alkoholem. Mamy tylko jeden strzał Napoleonie – nie jest za późno naprawić co zepsuliśmy – odniesienie do francuskiego przywódcy i ojca narodu, ale także agresora i despoty. To wszystko utrzymane w brzmieniu marszu orszaku królewskiego napawa złudnym poczuciem otuchy.
Aktualna twórczość Bear’s Den w porównaniu do płyty Islands przeszła na zdecydowanie wyższy poziom. Zamiast tylko lekkich folkowych melodii dostajemy pejzaże dźwiękowe, a w miejsce romantycznej liryki otrzymujemy magię poetyckich tekstów. Chociaż tworzeniu płyty Red Earth & Pouring Rain niekoniecznie sprzyjały komfortowe okoliczności. Odejście trzeciego członka zespołu Joeya Haynesa na początku 2016 roku oraz dająca się we znaki trasa koncertowa – były w stanie złamać chłopaków. Mając jednak poczucie, że tworzą album z którego mogą być tak na prawdę dumni, postanowili kontynuować tą podróż. Co najważniejsze potencjalne problemy przekuli w okazję do stworzenia solidnych podstaw zespołu. A to wszystko wsparte nieskazitelnymi melodiami w duchu Fleetwood Mac czy Foreigner nie pozwala oprzeć się magnetyzmowi Red Earth & Pouring Rain!
https://www.youtube.com/watch?v=8mkHbSpc7Wo

