Backstreet Boys – DNA (2019), recenzja Aleksandry Żeleźnik

W ubiegłym roku świętowali swoje 25-lecie artystyczne. Z myślą o tej okazji zakasali rękawy, by stworzyć krążek wyjątkowy, niebanalny. Dziesiąty album w dyskografii przecież nie może być przeciętny! Czekaliśmy więc na niego aż sześć lat. Cytując klasyka: “Backstreet’s back, alright!” To się jeszcze okaże.

Tego kultowego zespołu nikomu przedstawiać nie trzeba. Gwiazdy lat 90., jedyni w swoim rodzaju – Backstreet Boys. Grupa powstała w 1993 roku, więc jak nietrudno się domyśleć, Panowie na scenie są już od ponad 26 lat. A to okazja iście wyjątkowa. Pomimo kilku zawirowań personalnych, upadkach i wzlotach, trwali przez ten czas dzielnie. Nick Carter, Brian Littrell, AJ McLean, Kevin Richardson i Howie Dorough nie poddali się i po długim czasie powrócili z nowym materiałem. Od ich ostatniego krążka In a World Like This z 2013 r. minęło przecież sześć długich lat. Modły fanów zostały wysłuchane i tym samym na sklepowe półki trafił ich dziesiąty studyjny album o intrygującym tytule DNA.

Album otwiera pierwszy singiel – Don’t Go Breaking My Heart. Energiczna, taneczna kompozycja, która idealnie sprawdza się jako piosenka otwierająca cały materiał. Panowie pokazują, że nie zapomnieli jak robi się taneczne bangery, od których trudno się uwolnić. Tutaj warto wspomnieć o pozostałych utworach promujących, bo bezapelacyjnie są to najjaśniejsze punkty na tym krążku. Taneczne do bólu Chances, w którym zakochałam się od pierwszej sekundy. Mocny beat, wpadający w ucho refren – kawał dobrego popu. Dla kontrastu mamy spokojne No Place, gdzie wspólne partie wokalne wyszły Panom rewelacyjnie.  

Album DNA to przecież nie tylko te trzy nad wyraz dobre kompozycje. Backstreet Boys zaszaleli i zaczęli… eksperymentować. Tak wiem, brzmi dość niezwykłe, ale sami posłuchajcie chociażby kompozycji New Love. Ciekawa aranżacja w stylu R&B, wokalnie wiodącą rolę objął Nick, przez co kawałek jest zadziorny, tajemniczy, taki na swój sposób uzależniający. Refren pierwsza klasa. Po raz kolejny udowodnili, że tej niesamowitej harmonii i zgrania nigdzie przez te 26 lat nie zgubili. W utworze Passionate to samo. Gitara, trąbka, taneczny beat – nic tylko słuchać i tupać nóżką.

Nie zabrało także ballad, za które pokochały ich fanki. Spokojne, przepełnione emocjami Is It Just Me, zaskakująco delikatne Breathe, mocne dance-popowe Nobody Else i wyciskające łzy Just Like You Like It. Z drugiej strony nie do końca rozumiem obecność kompozycji The Way It Was, bo szczerze przyznam, że nic a nic nie pasuje do reszty materiału. Jasne, jest ciekawą balladą, jednak refren brzmi fatalnie, a frazowanie w wykonaniu Nicka nie było chyba do końca przemyślane. Męczyłam się razem z nim. Niewykorzystany potencjał silnego głosu.

Wspominając o wokalach warto nadmienić jeszcze jedną rzecz. W domyśle płyta powinna opierać się na pięciu głosach, jednak jak to zwykle bywa role zostały podzielone. Odniosłam wrażenie, że cały krążek został rozpisany na dwa głosy – Nicka i AJ-a. To dobre rozwiązanie, dzięki temu kompozycje nabrały mocy, wyrazistości. Cieszy fakt, że swoje pięć minut (m.in. Chances, Nobody Else) dostał także Brian. Mam tylko nadzieje, że nowe kompozycje nie przerosną go przy wykonach live. I mam jeszcze jedno pytanie: Kevin, a ty się gdzie do cholery podziałeś? Ledwo cię słychać chłopie!

Podsumowując, album DNA to jasny sygnał, że Backstreet Boys nigdzie się nie wybierają, a te 26 lat na scenie, to nie przypadkowa wygrana na loterii. Tym razem grupa stworzyła krążek, kolokwialnie rzecz ujmując dostosowany do obecnie panujących trendów. Są przepiękne ballady, są taneczne hity – na pierwszy rzut oka płyta idealna. Jednak po kilkukrotnym przesłuchaniu całej płyty stwierdziłam, że w sumie nie ma na niej absolutnie nic odkrywczego. Ale czy musi być? Czy Backstreet Boys muszą po raz któryś udowadniać, że ich fenomen, ich legenda żywego reliktu lat 90., to nie przypadek? Jako wieloletnia fanka powiem jedno – NIE. Na tym etapie, po tylu stworzonych hitach, po tylu pięknych latach na scenie, niech po prostu będą, niech tworzą. Już nic nie muszą. DNA jest na to dowodem. Panowie po prostu dzielą się z nami swoją muzyką stworzoną z miłości do tego, co robią. I mimo, że tym razem nie wyszło w każdym calu idealnie, a płyta ma swoje gorsze i lepsze momenty, to i tak warto dać jej szansę. Chociażby z sentymentu.

oceny

autor recenzji

Aleksandra Żeleźnik
Aleksandra Żeleźnik
Lat 23, studentka. Miłośniczka dobrej muzyki. Słucha wszystkiego co wydaje jej się interesujące i godne uwagi. Fanka Adama Lamberta, Arctic Monkeys oraz Royal Blood.

Sprawdź nasze inne

Recenzje