Formację Awolnation na pewno zdążyliście już poznać. Wszystko zaczęło się od niewinnej kompozycji Sail, pochodzącej z debiutanckiego albumu grupy – Megalithic Symphony. Kawałek nie schodził z 17-tego miejsca Billboard Hot 100 przez niemal 80 tygodni i z całą pewnością rzucił publiczność na kolana, a muzykom przysporzył nie lada sławy. Dzięki rozgłosowi tego drobiazgu krążek sprzedał się w samych Stanach w ponad półmilionowym nakładzie. Mimo że singiel Sail, ukazał się ponad 4 lata temu, wciąż mam wrażenie, że popularne stacje radiowe odkryły go dopiero teraz i nieważne kiedy włączycie radio, możecie być pewni, że niebawem usłyszycie właśnie Sail.
W całym szaleństwie związanym z tym chwytliwym utworem na plan dalszy wydaje się schodzić premiera najnowszej płyty Amerykanów – Run. Album ujrzał światło dzienne 17-ego marca, a w eterze wciąż cisza! Uznałam to za karygodne i dlatego też specjalnie dla was mam dziś recenzję albumu Run.
Krążek otwiera melancholijne Run. Bazą utworu są dynamiczne, choć utrzymywane w tonacji molowej syntetyzatory. Ich ścieżkę melodyczną odtwarza subtelny i stłumiony, wręcz szeptany męski głos. Wraz z rozwojem utworu linia wokalna zostaje obudowana szerszym instrumentarium. Pojawiają się klawisze i gitary, lecz wszystko skupia się wokół motywu wiodącego. W drugiej części utworu ten stały rytm zostaje całkowicie przełamany najeżonymi, niepokojącymi syntetycznymi dźwiękami. Atmosfera gęstnieje, nuty piętrzą się w bzyczącym jazgocie a słuchacz zostaje porażony i oniemiały.
Zupełna zmiana tonacji pojawia się w Fat Face. Kawałek to melodyczna, powoli rozwijająca się ballada. Główny punkt ciężkości pada na wdzięczny, ospały dialog nuconego wokalu z klawiszami, który pełni funkcję wyznacznika linii melodycznej i rytmicznej całej kompozycji. W drugiej części utworu ten rozleniwiony, senny głos wzrasta w mocy i balansuje na granicy krzyku, całość jednak jest doskonale kontrolowana i wewnętrzna harmonia kawałka nie zostaje zaburzona. Singlowe Hollow Moon (Bad Wolf) z kolei to dynamiczna, typowo rockowa kompozycja z mocną gitarą i zadziornym wokalem. Podstawowym tworzywem utworu jest dość prosta, choć nie pozbawiona euforii ścieżka perkusji. Towarzyszy jej radosna, pełna zakrzyków i wzlotów sekcja wokalna. Radosny, przestrzenny efekt został uzyskany dzięki zapętleniom i echom wokalnym, które pojawiają się po każdej kolejnej akcentowanej całostce. Zupełna zmiana dynamiki i melodyki występuje w refrenach, gdzie perkusja gwałtownie przyspiesza, pociągając za sobą głos oscylujący na granicy śpiewu i szybkiego słowa mówionego. W drugiej części utworu nadmieniony efekt przestrzeni w zwrotkach objawia się echowym zdublowaniem przez instrumentarium ostatnich dwóch nut akcentowanych przez wokal. Niemałe zaskoczenie może wywołać nagle pojawiający się pod koniec podkręcony, ostry wokal, balansujący na granicy tych, znanych niektórym z hardcorów. Na podobnej zasadzie został skonstruowany kawałek KOOKSEVERYWHERE!!! ( zdumiewająco podobny swoją drogą do jednej z kompozycji Róisín Murphy). Euforyczne pokrzykiwania przeplatające się z echowymi zapętleniami w asyście dynamicznej perkusji i szybkich syntetyzatorów.
Jeszcze inaczej sprawa się ma z Jailbreak. Kawałek jest rozleniwiony, senny, jakby przydymiony. Bazę utworu stanowi nieustannie opadająca na pięciolinii linia syntetyzatorów, którą w ryzach utrzymuje jedynie niespieszna perkusja. W zwrotkach również wokal trzyma się tego pół-sennego, powolnego tempa, zaś modulacja głosu przypomina nieco już zakurzone kawałki Travis. Do „miniwybuchu” głosu dochodzi dopiero w refrenach, gdzie sekcja wokalna nabiera mocy i znów staje na granicy krzyku, nie przekraczając jej jednak dzięki czemu nie zaburza melancholijnej, smętnej atmosfery opadania, która dominuje w całości. I Am wydaje się pochodzić od pokrewnego Jailbreak muzycznego klimatu. Utwór rozpoczyna rozleniwiony, subtelny i wyciszony, bliski kołysance wokal. Wtóruje mu równie niespieszna gitara. Efekt ospałości i rozmarzenia został osiągnięty dzięki nieznacznemu opóźnieniu partii gitarowej względem sekcji głosowej. Co prawda w refrenach pojawiają się radosne, chóralne wykrzyknienia, dynamika jednak utrzymuje się na tym samym poziomie w całym utworze, dzięki czemu również nad refrenami rozpościera się ta charakterystyczna marzycielska, przydymiona mgiełka.
Headrest For My Soul to kolejna balladka spod znaku Travis. Bazę utworu stanowi dość prosta, kołysząca i kojąca linia gitary, której wewnętrzną pogodę burzy zazwyczaj jedynie kilka półdźwięków pociągających utwór w stronę „słodkiej melancholii”. Towarzyszy jej równie kołyszący, pogodny wokal wtórujący ścieżce gitary. Prosto i sympatycznie, acz bez fajerwerków. Bardzo podobną konstrukcję przybrało Holy Roller, Lie Love Live Love i Drinking Lightning.
Jeśli chcecie fajerwerków, sięgnijcie raczej po dynamiczne, porysowane Dreamers. Utwór otwiera dzika, nieokrzesana linia syntetyzatorów, której towarzyszy delikatny, wycofany wokal. Nagły przeskok pojawia się w refrenach, gdzie kawałek wybucha wrzaskiem i jazgotem. Spiętrzone, najeżone, rozzgrzytane dźwięki, agresywna refrenowa sekcja wokalna, dynamika i wrzask! To jest to!
Sporo energii znajdziecie również w Windows. Tkanka zwrotek powstaje na przecięciu dynamicznej sekcji wokalnej, zahaczającej o szybkie, agresywne słowo mówione i równie zrytmizowanej partii syntetyzatorów. Odrobinę oddechu możecie natomiast zaczerpnąć w refrenach. Dźwięki rozlewają się tu po taktach, motyw wiodący zwalnia, tonacja i wysokość dźwięków opadają, a wokal przeistacza się w nucenie. Podobnie sprawa wygląda w wypadku utworu Like People, Like Plastic. Jeszcze inaczej rzecz wygląda w wypadku Woman Woman. Kawałek otwierają wdzięczne, elektroniczne, oscylujące wokół wysokich rejestrów dźwięki. W ślad za nimi podąża syntetycznie podkręcony, lotny i rozmywający się w eterze głos. Całość trzyma się konsekwentnie tonacji durowej. Wszystko jak zwykle zmienia się w refrenach. Partia wokalna staje się zdecydowana i pełna siły, a z tła wynurzają się ukryte dotąd gitary i mocna perkusja przy jednoczesnym zachowaniu tonacji i nastroju.
Podsumowując krążek Run to album dosyć nierówny. Widać, ze muzycy znacznie lepiej radzą sobie ze zdecydowanymi, silnymi kompozycjami z rockowym pazurem, niż z balladami w stylu indie. Nie całkiem do twarzy im ze smętnie wybrzdąkiwanymi na gitarach melodyjkami i płaczliwym wokalem. Widać to szczególnie w warstwie konceptualnej. Rozkołysane indie to zdecydowanie nie ich bajka, choć każda z tych kompozycji jest na swój sposób ujmująca. Wydaje się, że artyści najlepiej spisują się w muzycznych zabawach z elektroniką. Moim skromnym zdaniem mariaż lekkiego rocka i poszatkowanych syntetyzatorów spod znaku tytułowej kompozycji Run, przeplatany lotnymi, orzeźwiającymi kompozycjami balansującymi na granicy dream popu to właśnie ten kierunek, w którym należałoby pójść.


