Od momentu kiedy dała nam się poznać jako niebezpieczna kobieta minęły ponad dwa lata. Teraz wróciła do swoich fanów z materiałem, który wyraźnie odbiega od jej wcześniejszej twórczości. Album Sweetener nie jest typowo popowym wydawnictwem przepełnionym radiowymi hitami. Płyta ta, to swego rodzaju eksperyment. Ariana Grande postanowiła bowiem w końcu w pełni wyjść ze swojej strefy komfortu, zaczerpnąć inspiracji z przeszłości i przelać własne doświadczenia na muzykę. Jaki jest tego efekt końcowy? O tym w dalszej części recenzji.
Wszystko zaczęło się dość niewinnie od tanecznego i dającego nadzieję na lepsze jutro nawet po najmroczniejszych dniach kawałka no tears left to cry. Wpadająca w ucho kompozycja z miejscowymi popisami wokalnymi była pierwszym sygnałem nadchodzących zmian. Drugą zapowiedź płyty stanowiła mieszanka R&B z hip-hopem, czyli duet z Nicki Minaj. Śmiało można go zaklasyfikować do grona tych, które przez swój powtarzalny tekst szybko zapadają w pamięć a ich melodia wręcz zmusza do poruszania się do rytmu. God is a woman to seksowny banger z intrygującym przesłaniem i doskonałymi partiami wokalnymi. Krótko mówiąc, singiel idealny.

Wszyscy dobrze wiedzą, że najmocniejszą stroną muzyki, którą tworzy Ariana, jest jej niesamowity wokal i ogromna skala głosu. Dziewczynie wystarczy 30-sekundowe intro (raindrops) aby przyprawić słuchacza o ciarki na całym ciele. Wokalistka doskonale wie jak połączyć swój wokal z melodią, kiedy zaśpiewać wyżej, kiedy odpuścić sobie popisy wokalne i kiedy pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Najlepiej słychać to w utworach goodnight n go oraz everytime, które z pewnością przypadną do gustu wszystkim tym, którzy uwielbiają głos Grande. Oprawa muzyczna stanowi w nich jedynie delikatne tło, które w perfekcyjny sposób uzupełnia to, co wysuwa się na pierwszy plan.
Na Sweetener znajdziemy jeszcze dwa utwory, w których pojawiają się inni artyści. Pierwszym z nich jest kompozycja blazed. Pomimo iż brzmi ona tak, jakby Pharrell stworzył ją dla siebie, to Ariana postanowiła zaryzykować i spróbować odnaleźć się w jego stylu. Nie wyszło źle, ale większego szału również nie ma. Drugi duet, o ile w ogóle można go tak nazwać, to bardzo przeciętny borderline. Partia Missy Elliott jest tam zupełnie niepotrzebna i pojawia się dosłownie znikąd, co tylko pogarsza już i tak kiepską sytuację tego utworu. Jak już jesteśmy przy piosenkach, które mogłyby równie dobrze nie pojawić się na albumie to pomówmy o R.E.M. Postawmy sprawę jasno, kompozycja jest po prostu nudna i bardzo się dłuży. Gdyby stanowiła jedynie minutowe intro, tak jak utwór Pete Davidson, to może i nie wniosłaby nic szczególnego do albumu, podobnie jak wspomniany kawałek, ale z pewnością nie byłaby taką kulą u nogi.
Za pomocą nowej płyty Ariana Grande udowodniła wszystkim, że jest wszechstronną artystką i odnajduje się nie tylko w typowym popie. Słuchając utworów takich jak successful czy better off dziewczyna pokazuje, że potrafi się bawić tworząc muzykę, a jednocześnie przekazać przez nią coś istotnego. Największą perełką na albumie jest bez dwóch zdań breathin. Utwór jest idealnym połączeniem stylu, w jakim do tej pory tworzy Grande, z jej nowym brzmieniem. Kompozycja wręcz się prosi o to, aby zostać kolejnym singlem promującym całość.
Dawno nie spotkałem się z tak dobrze wybranym utworem tytułowym. Sweetener to przepiękna i niezwykle pozytywna kompozycja, która jest idealną kwintesencją całego albumu. Nie ma opcji, aby po jednym odsłuchu tego utworu już nigdy do niego nie wrócić. Jest on na swój sposób niezwykle hipnotyzujący, a głos Grande działa w nim niczym przysłowiowy miód na serce. Idealnym zakończeniem płyty jest get well soon. Spokojna kompozycja swoją linią melodyczną przypomina nieco utwory, które Ariana nagrywała za czasów debiutu. Z pewnością spowoduje to pojawienie się łezki wzruszenia w oczach wielu fanów, którzy śledzą poczynania wokalistki od samego początku. Pięknym gestem ze strony Grande było pozostawienie na końcu utworu 40 sekund ciszy w celu oddania hołdu wszystkim ofiarom ataku bombowego w Manchesterze.
Co tu dużo mówić. Ariana Grande wykonała odważny krok do przodu i nie bała się wypłynąć na nieznane wody. Dziewczyna nagrała dokładnie taką płytę jaką chciała, co bardzo wyraźnie słychać. Pomimo kilku potknięć czy braku typowych radiowych hitów udało jej się stworzyć album, który z pewnością odniesie komercyjny sukces, a co ważniejsze, dotrze w głąb serc fanów, prędzej czy później. Sweetener to jeden z tych krążków, których nie da się poznać w całości po jednym odsłuchu. Za każdym razem, gdy słuchałem tego albumu od deski do deski zakochiwałem się w nowych utworach bądź odkrywałem ciekawe detale w kompozycjach, które wydawało mi się, że znam na pamięć. Dajcie tej płycie szansę na dotarcie do waszego serca, a gwarantuję Wam, że zostanie w nim na bardzo długo.

