W 2002 roku się skrzyknęli, wypromowały ich utwory demo w Internecie, bum, 2005 rok I Bet You Look Good on the Dancefloor, When the Sun Goes Down i Brytyjczycy znaleźli się na listach przebojów. Od tamtej pory trudno publice zapomnieć o arktycznych małpkach. 9 września zrobili nam prezent w postaci wydania piątego studyjnego albumu – AM.
Płyta została przyjęta bardzo ciepło przez krytyków, niektórzy twierdzą, iż zespół indie rockowy pretendował do miana artystów.
Artystami są na pewno, przemawia za tym 12 kawałków przez ponad 41 minut. Liryzm, dojrzałość muzyczna i nie zamykanie się na nowe, czyli nie stracenie dekady, chyba takich właśnie składników użyli na krążku. Do tego dodali szczyptę pomocy w postaci: Josha Hommea (Queens of the Stone Age),Billa Rydera-Jonesa (kiedyś The Coral) czy Petea Thomasa (perkusista Elvisa Costello).
Do I Wanna Know – zaczynamy spokojnie i rytmicznie, wręcz bardzo prosto. Ale trzeba oddać, że słucha się tego z niesłychaną przyjemnością. Gorzkie słowa tekstu: There’s this tune that I found / That makes me think of you somehow / And I play it on repeat / Until I fall asleep. Chciałoby się przeredagować, znalazłam płytę, którą mogę słuchać, aż nie zasnę. R U Mine?, czyli 100% arktycznych w arktycznych. Indie rock, w najlepszym wydaniu, napełnia pozytywną energią i chęcią do pokręcenia tyłkiem na parkiecie, może jednak poprawie się na tańczyć, bo kręcenie tyłkiem niestety nadal źle kojarzy mi się z twerkiem Miley. One For The Road, tytuł kojarzy mi się z piosenką Hugh Lauriego – prócz tej małej zbieżności geniuszu wykonania to koniec podobieństw. Jest to kawałek, który zawojował moją muzyczną część serca. Dzięki takim kawałkom zasługują na miano artystów. Eksperymentowali nie poprzestawali na tym, co już znają i naprawdę się opłaciło. Plus jeszcze solówka gitarowa, nie jest skomplikowania, ale z chórkiem ‘uuu’ tworzy bardzo ciekawy klimat. Gościnnie występuje tutaj Josh Homme.
Alex Turner: pojawienie się Josha Homme’a na AM to rodzaj „przysługi za przysługę”. Jego wkład w naszą płytę jest naprawdę ekscytujący, prawdopodobnie mój ulubiony. Trzydzieści sekund, przez które tam jest, to coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem.
Homme wspomniał o AM podczas czeskiego festiwalu Rock for People: Zaśpiewałem na nowej płycie Arctic Monkeys. To naprawdę świetny, seksowny album. (…) Jest naprawdę dobry. Nie jest to disco [jako takie], ale nowoczesny, taneczny, seksowny album.
http://www.youtube.com/watch?v=_E-oxwJutbg
Arabella – mam wrażenie, że jest to dalszy ciąg poprzedniej piosenki, ale w trochę gorszym wykonaniu. Kilka dźwięków owszem zostało powtórzonych, ale im dalej w utwór tym lepiej i inaczej. Arabella’s got some interstellagator skin boots/And a helter-skelter around her little finger and I ride it endlessly – to kawałek tekstu, który sam najlepiej komentuje frontman arktycznych:
(mówił o tym, jak trudno pisać w stylu Johnna Lennona) To wszystko jest zbieraniną, ale nie tylko. To maluje przed tobą obraz i umieszcza cię tam. On miał sposób prowadzenia cię gdzieś tymi niezwykłymi słowami, które nie miałby sensu, a zarazem miały go ogromnie dużo.
I Want It All – ponownie gitarowo, ponownie nie da się zasnąć. Odnosi się jakieś takie wrażenie jakby Arctic Monkeys naprawdę dorośli i ich muzyka była przystępniejsza. No. 1 Party Anthem – spodziewałam się po tytule czegoś w szybkim tempie, otrzymałam balladę. I nie, nie narzekam. A refren Come on, come on, come oooon… wciąga w piękny świat nut. Mad Sounds – pierwsze dźwięki gitary skojarzyły mi się z plażą i samotnym żeglarzem, czemu spytacie – coś takiego ma w sobie ten riff, ale gdy włączymy do tego wokal, to w żaden sposób nie skojarzymy tego jak wcześniej. Fireside – gitary w szybkim tempie, jak cały początek, jak cała piosenka. Tylko wokal wydaje się lekko spowolniony w stosunku do instrumentów, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Piosenka odsyła nas w trochę egzotyczny klimat przez kilka instrumentalnych zabiegów. Why’d You Only Call Me When You’re High? – singiel, który usłyszałam już dawno temu i który zmusił mnie do czekania na tą płytę jak na szpilkach. Masterpiece jednym słowem.
Snap Out Of It, dla mnie tło wydaje się nieco z pogranicza musicalowego. Kolejna skoczna piosenka, gdzie po prostu chcesz się cieszyć i skakać z małpkami. Knee Socks – w jakiejś drugiej minucie słyszymy chórek, który na długo pozostaje w naszych uszach. Potem na chórek nakłada się rozmyty wokal. Ciekawy zabieg, bo takiego kawałka w ich wykonaniu jeszcze nie słyszałam. Być może, a wręcz na pewno jest to także zasługa Josha Hommea, który również miał wkład w tworzeniu tej piosenki. I Wanna Be Yours – to tytuł ostatniej piosenki, ale mam wrażenie, że tak właśnie woła album w sklepie do ciebie, a ty do niego. I wanna be yours / At least as deep as the Pacific Ocean. Słowa do tego utworu zostały wzięte z wiersza Johna Coopera Clarkea.
Na koniec – skąd tytuł płyty?
Właściwie ukradłem to od Velvet Underground, przyznam się od razu i będę miał to z głowy. Oczywiście chodzi o album VU (1985r.). (…) Czujemy, że tą płytą jesteśmy dokładnie w tym miejscu, gdzie powinniśmy teraz być. Wydało się, więc właściwe podpisanie jej inicjałami. – mówi Alex Turner
Mało, kiedy zdarza mi się to mówić, ale mało. Dobrze, że są takie przyciski jak repeat. Arctic Monkeys rosą w siłę! Jeżeli należysz do ludzi, którzy sądzą, że jest to zespół, który gra „nic szczególnego” powinieneś przesłuchać jak najszybciej tej płyty, by obalić tę błędną tezę, jeżeli jesteś fanem zespołu, nie zostaniesz rozczarowany, ani przez minutę.



