Nigdy nie byłem fanem Arcade Fire. Koleżanka podrzuciła mi kiedyś któryś z ich albumów i niespecjalnie mi się spodobał, ot kolejny indie-rockowy bandzik. Reflektor, to moje drugie podejście do zespołu i nie wiem czy to oni się zmienili, czy ja, ale jest nieźle, a nawet dobrze.
Krążek jest pełen wpadających w ucho energetycznych rockowych kawałków z całkiem dużą domieszką innych gatunków. Od disco przez funkujące gitarki aż do lekkiego dubu – przy odrobinie dobrej woli każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zacznę jednak od tego co mi się nie podoba. Album jako całość jest troszkę przytłaczający. Dwie płyty, trzynaście utworów z których większość jest dłuższa niż pięć minut i w każdym dzieje się dużo, nawet ballady, jak zamykająca krążek Supersymmetry, nie dają chwili wytchnienia. Ściana dźwięku – tak można by opisać album w skrócie. Natłok instrumentów i efektów sprawia, że w połowie albumu mam ochotę zrobić sobie przerwę. Może dlatego to dwupłytowe wydawnictwo. Mimo, że płyta wyładowana jest świetnymi kawałkami, to nie obyło się bez słabszych momentów, jak nudnawe We Exist, w którym trochę brakuje zróżnicowana melodycznego i nie ratują tego nawet świetne smyczki w tle. jedna, wyraźna linia basu, która nie zmienia się przez całą piosenkę, po minucie zaczyna już troszkę irytować, a utwór trwa nieco poniżej sześciu. Na tą samą bolączkę cierpi Joan of Arc – przydługi kawałek, w którym wieje nudą. Nie jest aż tak męczący jak We Exist ale nie zmienia to faktu, że jego brak na płycie by jej nie zaszkodził. Ponarzekałem, wyrzuciłem z siebie swoje frustracje.
Reflektor to świetny album i wymienione przeze mnie doły tego nie zmieniają. Płyta jest wypełniona po brzegi energią. W Here Comes The Night Time porywa genialne pianino i egzotyczne instrumenty z beatem prosto z muzyki Ameryki Południowej. Bardzo pozytywny feel kawałka sprawia, że na twarz wypełza wielki banan. Całość wybucha energią pod koniec piosenki w efektownym, i mocnym, nieco chaotycznym obrazie karnawału. Tak samo uderza rytmiczny i taneczny singiel – Reflektor. Zapadająca w pamięć melodia, tekst, jak przystało na kanadyjski zespół po angielsku i francusku, śpiewany męskim i żeńskim wokalem z Davidem Bowie w tle. Miazga. To ten singiel i pierwszy utwór na płycie pokazał mi, że nowy krążek Arcade Fire może mi się spodobać.
Dubowy Flashbulb Eyes brzmi jak odpowiedź, a może i swoisty tribute dla Mirror in the Bathroom zespołu The Beat. I nie ustępuje mu klimatem. Włącza we mnie nieodpartą chęć założenia szelek i kiwania głową w rytm muzyki. Płyta pełna jest energii i rock’n’rolla czasem rozumianego dosłownie jak w Normal Person, ale nie brakuje na niej też spokojniejszych momentów jak trącące lekko power balladą pomieszaną ze Strawberry Fields Forever Beatlesów Awful Sound (Oh Eurydice), czy absolutnie genialnym zamykającym płytę Supersymmetry. W tym ostatnim kawałku Arcade Fire kładzie mocny nacisk na elektronikę. Różni się dość mocno od reszty albumu, ale nie wybija z rytmu. Zaczyna się powoli z naciskiem na wokal i delikatną muzyką w tle, by przejść do części instrumentalnej, która mogłaby być soundtrackiem do filmu dokumentalnego o kosmosie. Smyczki i syntezatory świetnie razem współgrają, do tego mocna mocno przetworzona perkusja, potęgująca wrażenie przestrzeni. Działa na wyobraźnię.
Jak wspomniałem na początku, nie jestem fanem Arcade Fire i Reflektor tego nie zmienił. Jestem za to fanem samego albumu i potencjalnym fanem następnych, na które czekam z ciekawością. Polecam ten krążek wszystkim którzy lubią dobrego rocka przyprawionego doskonałą mieszanką najróżniejszych gatunków.




